czwartek, 23 grudnia 2010

Suzuki Trip - Mae Hong Son

Trafił mi się zaszczyt prowadzenia, jako pierwszej samochodu, woohoo, co oznaczało wyjazd z miasta. Samochód na początku zachowywał się super i stres związany z prowadzeniem po złej stronie drogi był mniejszy niż myślałam.Zwiedzanie samochodem jest milion razy lepsze niż czymkolwiek innym i nikt mnie nie przekona, że tak nie jest, szczególnie fajnym samochodem.
Na początek pojechaliśmy do świątyni Wat Phrathat Doi Suthep, która jest położona na wzgórzu i uznana przez Lonely Planet za number 1. Rzeczywiście jest całkiem ładna, co widać na załączonym obrazku.
Następnie wyjechaliśmy z miasta drogą nr 107 i po ok. 80km skręciliśmy w drogę nr 1095, czyli rozpoczęliśmy pętlę Mae hong Son, którą mieliśmy w planach przejechać w 3 dni. Słyszeliśmy, że jest to legendarna trasa z 1864 zakrętami. Liczba zakrętów nie jest przesadzona a dodając do tego ciągłe różnice poziomów wahające się od 300m n.p.m. do 1400m n.p.m. i fantazję tajskich kierowców otrzymuje się mieszankę wybuchową utrzymującą stale wysoki poziom adrenaliny. Do tego widoki też są niesamowite.
Niedaleko Pang Hang zjechaliśmy kilka kilometrów z drogi, żeby zobaczyć wodospad Mokfa. Oprócz nas nad wodospad wybrali się również Kanadyjczycy, którzy mieli zaplanowaną 1,5 miesięczną wyprawę motocyklową przez Tajlandię i Kambodżę. Motocykle przywieźli swoje, niebylejakie KTMy, które robiły wrażenie. Prawie tak duże jak wodospad, do którego prowadziła zarośnięta drzewami, bambusami i innym egzotykiem ścieżka. Nie mogliśmy się powstrzymać i pobiegliśmy z Tomkiem wykąpać się po wodospadem. Miejsce prawie idealne.
Oprócz tego po drodze mijaliśmy gorące źródła, farmy słoni i inne piękne miejsca.
Pierwszego dnia wieczorem udało nam się dojechać w okolice Pai, czyli mniej więcej do połowy założonej na pierwszy dzień trasy, gdzie nasz samochód zaczął mieć problemy z odpala laniem. Na początku ruszanie na popych za pomocą połowy wioski, lub przygodnych turystów było całkiem zabawne, ale im było ciemniej i im częściej samochód zatrzymywał się w najmniej odpowiednich momentach, tym mniej śmiesznie robiło się dla nas. Zdążyliśmy jeszcze zwiedzić o zachodzie słońca chińską wioskę i zjeść najlepsze lody kokosowe, po czym stało się to, co miało się stać, czyli przez maskę przeleciał skuter razem z kierowcą. W czasie, kiedy Tomek próbował przeparkować samochód żeby nie wleciał na nas kolejny pojazd, ja próbowałam się dowiedzieć o samopoczucie poszkodowanego, powtarzając niezdarnie how are you? Koleś bardzo szybko się pozbierał i nie mówiąc ani słowa starał się w ekspresowym tempie pozbierać i odpalić skuter, co mu się udało szybciej niż trwał jego lot przez maskę. Z niewiadomych przyczyn zniknął bez słowa, wyglądając na bardziej przerażonego od nas. Kiedy Tomek zakończył manewr parkowania po chłopaku nie było śladu. Mamy, więc nadzieję, że wypadek nie był poważny i że więcej takich przygód już nie będzie. Poza zasmuceniem Tomka nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń.
Po wypadku chcieliśmy już tylko znaleźć nocleg i nie krążyć już więcej po ciemku po wiejskich drogach, ale wtedy samochód postanowił definitywnie odmówić posłuszeństwa. Mieliśmy przy tym dużo szczęścia w nieszczęściu, ponieważ samochód popsuł się pod hotelem a nie w szczerym polu. Hotel okazał się drogi i zarezerwowany przez wyprawę motocyklową tajskiego klubu Harley Davidson. Wyprawa była na pełnym wypasie, z eskortą policji i luksusowym vanem dla poszkodowanych w akcji.
Z hotelu zadzwoniłam do naszego Mr Mechanica, bo zgodnie z umową, w razie, jeśli cokolwiek by się działo mieliśmy zadzwonić i czekać na ich mechanika i nie reperować nic na własną rękę. Szefowa była bardzo zmartwiona całą sytuacją, ale stwierdziła, że wieczorem już nic się nie da zrobić i musimy czekać do rana. Rozmów odbyło się kilka, nie wszystkie przyjazne, bo nie wiedzieliśmy jeszcze jak to wszystko się skończy i co właściwie mamy robić. W pewnym momencie w lobby hotelowym gdzie czekaliśmy pojawił się koleś, który przedstawił się, jako właściciel hotelu nieopodal, do którego zadzwoniła znajoma znajomej szefowej naszej wypożyczalni i powiedziała, że jakieś białasy potrzebują pomocy, więc zaoferował nam nocleg po zniżce u siebie i zabrał nas na pace z bagażami. Hotel okazał się parkiem wędkarskim w super standardzie, gdzie stoi kilka bungalowów nad stawami pełnymi ryb. Właścicielem, który nam pomógł, jest Dave – anglik, który przeprowadził się na stałe do Tajlandii 6 lat temu i zamienił swoje największe hobby w źródło utrzymania.
Piranha Fishing Park and Guesthouse www.paipiranhafishingpark.paiexplorer.com
Spodobało nam się tam tak bardzo, że zamiast jednej nocy zostaliśmy u niego dwie i zrezygnowaliśmy z kontynuowania pętli a w zamian za to pojeździliśmy więcej po okolicy. Do samochodu przyjechał mechanik specjalnie z Chiang Mai – czyli 4h górzystej drogi, który nareperował Suzuki w jakieś 2min:) i oznajmił, że mamy 1 dzień za darmo od wypożyczalni, jako rekompensatę za problemy. Cała wyprawa zakończyła się, więc szczęśliwie, w wypożyczalni oddali nam całą kaucję i przepraszali milion razy za niedogodności związane z samochodem i nie zwrócili w ogóle uwagi na wgniecenie i zarysowanie przez skuter, rzecz nie do pomyślenia w europejskich wypożyczalniach. Ponadto zdecydowaliśmy się z Tomkiem spędzić u Dave święta i sylwestra – zadecydował głównie czynnik kulinarny, ponieważ w Piranii jest dobrze wyposażona kuchnia dla gości i grill, a w miasteczku świetny targ ze świeżymi warzywami, rybami i owocami morza. Zamierzamy pokazać Tajom jak się gotuje:) Prawda jest taka, że jedzeniem w Azji jesteśmy baaaaaaardzo rozczarowani i dlatego postanowiliśmy gotować czerpiąc inspirację z ich przepisów, ale robiąc to po swojemu. Wyniki naszego reaserchu postaramy się opublikować tuż po nowym roku na blogu kulinarnym

środa, 22 grudnia 2010

Chiang Mai

Chiang Mai jest drugim co do wielkości miastem po Bangkoku w Tajlandii. Pomimo to jest zdecydowanie milsze i mniej turystyczne, a co najważniejsze nie ma odpowiednika Khaosan road. Nieoznacza to, że nie ma hoteli lub restauracji, wręcz przeciwnie, ale atmosfera jest o wiele spokojniejsza. Samo miasto można raczej potraktować, jako krótki przystanek przed eksplorowaniem bardziej dzikich terenów wokół. Mówiąc szczerze nie chciało nam się już zwiedzać kolejnych świątyń, których w Chiang Mai nie brakuje, w zamian za to wybraliśmy się do centrum medycyny naturalnej Mungkala Traditional Medicine Clinic. Ja miałam wizytę popołudniu a Tomek następnego dnia rano, przyjęła nas bardzo miła pani doktor, która po zbadaniu naszego pulsu i języka nie znalazła niczego niepokojącego, w związku z czym moja wizyta upłynęła głównie na pogawędce o zimie w Polsce i generalnie podróżowaniu. Tomkowi zaleciła naukę drugiego zawodu, bardziej prostego, związanego ze zdolnościami manualnymi jak np. kurs masażu, żeby miał zawsze alternatywę jeśli znudzi go praca w banku:)
Pobyt w Chiang Mai zdominował pomysł wypożyczenia samochodu terenowego na wyprawę, więc wszystkie inne zabytki mniejsze lub większe zeszły na dalszy plan. Okazało się to nie takie łatwe jak sobie wyobrażaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy można powiedzieć renomowaną lokalną wypożyczalnie u Mr Mechanica – www.mr-mechanic1994.com. Zdecydowaliśmy się na klasyczną terenówę – Suzuki Carraibian, czyli azjatycką, trochę większą odmianę naszego Suzuki Samurai.
Nikt w wypożyczalni nie zainteresował się naszym prawem jazdy, teoretycznie w Tajlandii powinno się mieć międzynarodowe, ale w ubezpieczeniu było napisane, że obejmuje również krajowe o ile jest również po angielsku (ten szczegół pominęliśmy). Po krótkiej biurokracji dostaliśmy kluczyki do ręki, ale okazało się, że szefowa zapomniała przywieźć dokumentów, jednak uznała, że jest to najmniejszy problem i że nie będą nam potrzebne. Wykupiliśmy jeszcze dodatkowe ubezpieczenie, czyli amulet z kwiatów do zawieszenia na przednim lusterku i byliśmy gotowi do drogi.

Lop Buri

Lop Buri jest kolejnym małym miasteczkiem w drodze do Chaing Mai. Znane jest przede wszystkim z zamieszkujących go małp. Jest ich niesamowita ilość, mają swoją świątynię, wokół której rozstawione są stoły z owocami dla nich, żeby nie podkradały jedzenia turystom, ale i tak małpie ataki są na porządku dziennym. Okna hoteli ogrodzone są siatką ochraniającą przed małpami a miejscowi mają proce, z których strzelają do najbardziej natarczywych małp. Na szczęście nie jest to szczególnie bolesne i niebezpieczne dla małp i wydaje się, że ludzie z małpami żyją w całkiem nienajgorszej symbiozie. Udało nam się nakarmić i napoić małpki z okna naszego hotelu, wydają się mądrzejsze i sprytniejsze od większości ludzi. Częstym obrazkiem jest też małpa na pace samochodu, która podjeżdża sobie pod ich świątynie, traktując samochód, jako darmową taksówkę.
Poza małpami w miasteczku nie ma praktycznie nic godnego uwagi, więc po jednej nocy ruszyliśmy w dalszą drogę. Zafundowaliśmy sobie nawet pociąg sypialny do Chiang Mai, który był całkiem wygodny, więc 12h minęło bardzo szybko.

Ayutthaya


Tomek wziął na siebie cięzar podrózy i to całkiem dosłownie, bo zaczął nosić mój plecak, poniewaz ja w Ayutthayi jeszcze nie byłam całkiem sprawna:) - na zdjęciu Tomek w towarzystwie biednego pieska. O zwierzętach w Azji nie wspominam, bo to raczej smutny temat, chociaż tu przynajmniej nikt nie trzyma psów na łańcuchu, ani się nad tymi zwierzętami nie znęca.
Na początek przemieściliśmy do miasteczka oddalonego o jedynie o 1,5h drogi pociągiem z Bangkoku. Jednak ta odległość wystarcza żeby zostawić za sobą baketowców. Samo miasteczko nie jest szczególnie ciekawe, ale po Bangkoku stanowi niezły oddech. Poziom hosteli się podwyższył a ceny spadły.
Główną atrakcją są ruiny khmerskiego imperium, czyli budowle podobne do tych w Angkor, ale przez to, że znajdują się w środku miasta, na przyciętych trawnikach, są pozbawione klimatu rodem z filmów o Indiana Jones, więc w sumie nudne do oglądania. Niemniej jednak warto się przejść po miasteczku pełnym uroczych miejsc i zjeść owoce morza na straganie na targu jedzeniowym, czyli food markecie.
W Bangkoku spotkaliśmy się z Puliną a w Ayutthayi dołączyła do nas Basia i od tego momentu zaczęliśmy podroz we czwórkę. Niewątpliwie główną atrakcją pobytu w Ayutthayi były urodziny Tomka, które świętowaliśmy w lokalnym barze. Tomek dostał pizze (nielada atrakcję w Azji:)) a ja po zażyciu najskuteczniejszego leku na plecy – czyli whisky, mogłam nawet śpiewać piosenki po Tajsku.

wtorek, 21 grudnia 2010

Bangkok


Przyjechaliśmy do Bangkoku ok. 7 wieczorem, ponieważ cały dzień zajęła nam przeprawa przez granicę. Głównie ze względu na bezsensowne czekanie, bo odprawa sama w sobie szła dosyć sprawnie. Najpierw autobus, którym jechaliśmy z Siem Rep dowiózł nas do granicy, gdzie pomocnik kierowcy, ponaklejał na każdym różnego rodzaju białe kwadraty, dzięki którym mógł nas odróżnić od ludzi z innych autobusów. Następnie z plecakami przeszliśmy przez kontrolę Kambodżańską i mijając strefę „pomiędzy” całą wypełnioną kasynami skierowaliśmy się na odprawę Tajską, minęliśmy most nad ściekami i bez problemów i żadnych kontroli przekroczyliśmy granicę. Większy problem miały panie z Kambodży przemycające papierosy. Bez skrępowania zaraz po odprawie, ale przed kontrolą podciągnęły bluzki i zaczęły szczelnie upychać papierosy w specjalnie do tego zaprojektowanych stanikach. Udało się i szczęśliwe mogły wrócić po kolejny transport.
W Bangkoku wysiedliśmy tak jak większość białasów przy Khaosan road i … ogarnęło nas przerażenie. Takiej ilości strasznych turystów jeszcze nie widzieliśmy. Krążyliśmy ponad 2h w poszukiwaniu jakiegoś sensownego noclegu, ale jedyne, co udało nam się znaleźć było drogą norą bez okien. Oczywiście są tańsze i lepsze noclegi, ale w pierwszym szoku nie udało nam się na nie trafić.
Ogólnie standard jest znacznie gorszy niż w Kambodży ( i na północy Tajlandii) a ceny znacznie wyższe, no, ale to w końcu Bangkok. Okazało się, że nawet w drogich hotelach, trzeba płacić dodatkowo za internet, więc poszliśmy coś zjeść korzystając przy okazji z darmowego wifi. Pierwszy raz czuliśmy się zagrożeni w Azji, ale zdecydowanie nie ze strony miejscowych, ale ze strony napakowanych białasów, upijających się do nie przytomności, wrzeszczących i robiących sobie koszmarne dziary w koszmarnie niehigienicznych warunkach. Ochrzciliśmy ich mianem „baketowców”, od nazwy najpopularniejszego w rozrywkowej części Tajlandii drinka – bucket drink, czyli po prostu jakiś alkohol serwowany w wiadrze. Jego geneza sięga hipisowskich full moon party na wyspach, gdzie pili alkohol z plastikowych wiaderek do robienia babek z piasku. Hipisi wyginęli, piękne idee też, ale imprezy i buckety zostały. Postanowiliśmy uciekać jak najszybciej do następnego miejsca, ale wtedy niestety dopadł mnie problem z plecami i chcąc nie chcąc, zmieniliśmy nocleg i utknęliśmy na tydzień. Po tym czasie oswoiliśmy się trochę z tym całym pierdolnikiem, ale z pewnością go nie pokochaliśmy. Oczywiście Bangkok jest wielkim miastem, więc nie jest tak źle. Tym bardziej, że w weekend odbywa się wielki targ zwany Chatuchak market, gdzie można kupić absolutnie wszystko, a dział vintage(gdzie zakupiłam sobie chanelkę) jest naprawdę imponujący Najlepsze jest to, że głównie kupują tam lokalsi, ponieważ jest to dość daleko od centrum, trzeba znaleźć autobus i jechać ponad 30min (więcej wskazówek dla zainteresowanych zamieszczę w dziale informacji praktycznych, który powstanie niebawem).
Udało nam się trafić również na obchody święta Loi Krathong, które wypadało 22 listopada, w ten sam dzień, co święto wody w Phnom Penh, gdzie zdarzył się ten straszny wypadek. W Bangkoku też patrzyłam z przerażeniem na tłumy na moście, ale na szczęście nic się nikomu nie stało.
Cała idea święta opiera się na żegnaniu swoich problemów i złych zdarzeń, a jest to wyrażane przez puszczanie na wodę wianków z liści bananowca, świeczek i kadzidełek. Na załączonym obrazku jest właśnie nasz wianek, który Tomek własnoręcznie wsadził do wody:)
Oprócz tego są oczywiście fajerwerki, procesja oświetlonych łodzi i miliony papierowych latarni na niebie. Zafundowaliśmy sobie też przejażdżkę łodzią z lokalsami ( te dla turystów kosztują 10 razy więcej). Trzeba przyznać, że wygląda to pięknie, w każdym razie tak do ok. godziny, 10 kiedy na rzekę, wychodzą tłumy pijanych białasów.

Zwiedziliśmy też oczywiście pałac królewski, który jest „lonely planet must see”:) . Kiedy dopłynęliśmy do niego tramwajem wodnym, z bocznej bramy wyszedł do nas uśmiechni ęty i przemiły pracownik policji turystycznej, który przekonywał nas, że akurat tego dnia pałac jest otwarty tylko dla Tajów i że oczywiście i tak nie moglibyśmy wejść, ponieważ mamy krótkie spodenki i nieodpowiednie buty, ale on nam może załatwić tuk tuka za bezcen, który nam pokaże wszystkie zabytki, żebyśmy nie tracili dnia. Uciekliśmy od niego najszybciej jak się dało, żeby przekonać się przy wejściu sto metrów dalej, że oczywiście pałac jest otwarty dla wszystkich i krótkie spodenki nie stanowią problemu, bo wypożyczają za darmo sarongi. Myślę, że mimo wszystko masy turystów nabierają się na tą tanią sztuczkę i koleś trochę dorabia do pensji.
W końcu moje plecy trochę doszły do siebie, spotkaliśmy się z Pauliną i powstał plan na eksplorowanie północy i Laosu. Po pobycie w Bangkoku na tyle obawiamy się tandeciarstwa i wsiórstwa na wyspach, że będziemy się starali odsunąć je na koniec. No cóż znowu wyszło, że jesteśmy nudziarzami.

niedziela, 5 grudnia 2010

Angkor - dzień drugi i trzeci

Na dzień drugi zwiedzania Angkoru wybraliśmy się rowerami. Był to dobry sposób zrobienia tzw. małej pętli . Drogi tam są idealne na miejski rower, bez większych podjazdów, więc nawet w słoneczny dzień nie jest to szczególnie męczące. Trzeba tylko uwazać na słonie:)





Tego dnia naszą świątynią nr 1 była świątynia Angeliny. Wygląda tak jak prawdopodobnie wyglądała większość świątyń w tym kompleksie w czasie kiedy na nowo odkrył ją francuski przyrodnik Henri Mouhot w 1861r. Świątynie do tego momentu zarastały kilkusetletnią dżunglą i były zamieszkane głównie przez dzikie zwirzęta. Wcześniejsze doniesienia odnośnie kompleksu świątyń pochodziły od portugalskiej ekspedycji z 1609r. Miasto opustoszało najprawdopodobniej jakieś 150 lat wcześniej po przeniesieniu stolicy do Phnom Penh. Nastąpiło to najprawdopodbniej z kilku powodów, głównie problemów z wyżywieniem. Kiedy po wycięciu ogromnej ilości lasów, deszcze wymywały glebę, która zamulała kanały nawadniające uprawy ryżu. Do tego dołożyły się problemy zbrojne, kiedy imperium musiało walczyć, a większość mężczyzn była zatrudniona przy obsłudze świątyń, więc nie miał kto walczyć. Nie jest to oczywiście prawdziwa nazwa świątyni, ale tam właśnie kręcono sceny do Tomb Ridera i wymyśliliśmy, że stamtąd Angelina wzięła sobie dziecko. O to w Kambodży nie trudno, bo pałętających się dzieci jest całe mnóstwo.
Na zdjęciu widać moją koleżankę, która przyszła do nas kiedy chowaliśmy się przed deszczem. Ponieważ daliśmy jej kanapkę, stweirdziła, że może z nami chwilę posiedzieć i zrobić sobie przerwę w sprzedawaniu pocztówek ( o i le oczywiście będzie mogła wyjąć warzywa z kanapki, których nie lubi i zostawić sam serek). Przeanalizowała fachowo cenę mojej biżuterii i stweirdziła, że koszmarnie przepłaciłam za obrączkę, bo takie badziewie jest warte najwyżej pół dolara.
Ukoronowaniem naszego dnia drugiego było najbardziej popularne wśród turystów Angor Wat, więc romantyczna fota na koniec z odbijającą się świątynią w jeziorze pokrytym kwiatami Lotosu.
Trzeciego dnia znowu wzięliśmy tuktuka, żeby zobaczyć najdalej położone świątynie. Najbardziej z całej wyprawy podobała nam się droga z naszym szalonym kierowcą, podczas której przejeżdzaliśmy przez kambodżańskie wioski. Większość domów jest sponsorowana przez ludzi z całego świata. Na tabliczkach przy drodze mozna przeczytać, kto komu zasponsorował studnię, stół bilardowy i szkołę dla dzieci. Przed domami stoją przerażające kukły, które mają za zadanie odstraszać złe duchy.
W czasie podrózy zaliczyliśmy tankowanie, na zdjęciu lokalna stacja benzynowa. Najpopularniejsze są buteli po dużej coca-coli i johnnie walkerze. My wrzuciliśmy 0,7 jonniego i ruszyliśmy dalej w drogę.
Pierwsza z odwiedzonych świątyń była konserwowana przez Szwajcarów, więc mniejsza o same ruiny, ale najlepiej prezentowało się samo lobby. Przykład ładnej małej architektury wykorzystującej lokalne surowce. Less is more.
Właściwie lokalne domki wyglądały całkiem podobnie. Pola ryżowe, palmy, kolory, słońce, odcienie i cienie. Cała Kambodża wygląda jak przesłodzony obrazek. Sielsko anielsko, jeśli tylko przestanie się myśleć o historii i o codziennym zmaganiu ludzi z rzeczywistością.
Przy kolejnej świątyni, funkcjonował ośrodek pomagający sierotom prowadzony przez mnichów. Na zdjęciu widać chłopaków, których przyłapałam na paleniu papierosów za świątynią, ale jak tylko wyciągnęłam aparat spryciarze schowali pety:)
Ukoronowaniem dnia trzeciego, była swiątynia położona w przepięknym otoczeniu, teren należał do mnichów, więc był dobrze zagospodarowany i zadbany. Cały kompleks Angkor jest zdecydowanie godny polecenia. Oczywiście są tam turyści, oczywiście nie jest się piewrszym odkrywcą, ale widoki rekompensują nawet zetknięcie się z wycieczką japońską.

sobota, 27 listopada 2010

Angkor - dzień pierwszy

Świątynie w Angkor, pomimo obiekcji odnośnie obłożenia turystycznego zrobiły na nas ogromne wrażenie. Kupiliśmy bilet na trzy dni, który kosztuje 40 dolarów i dla nas to był optymalny czas na zwiedzenie całego kompleksu. Dostępne są również bilety jednodniowe w cenie 20 dolarów i tygodniowe za 60. Nie jest to wygórowana cena biorąc pod uwagę ogrom pracy potrzebny do właściwej konserwacji całego kompleksu. Tym bardziej, że do rządu Kambodży trafia jedynie 10% tej kwoty. Oczywiście znowu najwięcej złego zrobił tu reżim Polpota. Przynajmniej z nie wyjaśnionych przyczyn nie zburzyli tych świątyń jak większości innych w całym kraju, ale przerwali prace konserwacyjnie. Stało się to akurat wtedy, kiedy sporządzono pełną dokumentację i rozebrano wiele świątyń aby odpowiednio je zabezpieczyć. Ludzie Polpota zniszczyli całą dokumentację, więc kiedy po obaleniu reżimu ekipy powróciły do swojej pracy, zastały największe puzzle świata. Wiele świątyń nadal nie jest do końca "poskładanych", co jedynie moim zdaniem dodaje im uroku.
Pierwszego dnia wzięliśmy tuktuka, który za 12 dolarów obwiózł nas po tzw. dużym kole. Mieliśmy szczęście, że akurat nie było w ogóle japońskich wycieczek, a zwiedzających było na tyle mało, że w większości świątyń byliśmy sami. Wycieczki japońskie są znienawidzone przez resztę turystów, ponieważ robią koszmarny hałas i ogólny zamęt, oraz są bezwzględni jeśli chodzi o przepychanie się z dołączeniem przemocy fizycznej. Ja miałam spotkanie z pojedynczym Japońcem, który zwiedzał jednocześnie z nami tą samą świątynie. Byliśmy w niej sami, przestrzenie są ogromne, więc mogliśmy się właściwie nie widzieć, ale jak tylko zaczęłam robić zdjęcie, Japończyk stwierdził, ze musi mieć ten sam kadr w tej samej sekundzie, więc dostałam z łokcia i 20cm przede mną koleś złożył się do fotografowania. Sytuacja była tak absurdalna, ze pozostało mi się tylko roześmiać.
Można też przyjąć rozrywkową metodę zwiedzania, jak amerykanka z różowym ipodem, za którą niestety przez chwilę jechaliśmy, która wybrała opcję party tuktuk- ze zjaranym kierowcą i muzyką disko na full. Idealne dla tych, którzy ani na chwilę nie chcą się rozstawać z atmosferą taniego imprezowania i których męczą odgłosy puszczy otaczającej świątynie. Na szczęście był to jedyny taki tuktuk w swoim rodzaju i więcej takich nie widzieliśmy.

Ja skusiłam się na zawiązanie świętego sznureczka na przegubie przez mniszkę w jednej ze świątyń. Odprawiła nade mną modły i teoretycznie zdjęła ze mnie negatywną energię, ale biorąc pod uwagę moje problemy z plecami, które później nastąpiły, ochrona chyba nie do końca zadziałała:)




Naszą faworytką z pierwszego dnia była świątynia Bayon, która zrobiła na nas ogromne wrażenie, a do tego przed reżimem Polpota, przy jej konserwacji pracowała polska ekipa - taka ładna patriotyczna wstawka.
Dzień zakończyliśmy zachodem słońca przy Angkor Wat - czyli Lonely Planet must see:))) Nie było prawie turystów tak jak wspomniałam, za to byli mnisi, których kolor szat świetnie się komponuje na zdjęciach z murami świątyń:)- zdjęcia jak zwykle na picasie. Angkor Wat, mimo że jest imponująca zrobiła na nas najmniejsze wrażenie, bo jest najlepiej odremontowana, co odziera ją z całej tajemniczości i tego niepowtarzalnego klimatu, więc lepiej się spieszyć z oglądaniem świątyń, zanim wszystkie będą już takie wymuskane i odgrodzone łańcuchami od zwiedzających.



środa, 24 listopada 2010

Kambodża:(((

Jesteśmy już w Tajlandii, ruszamy właśnie z Bangkoku do Ayuthayi, ale serce zostawiliśmy w Kambodży, dlatego bardzo nas zasmuciły ostatnie newsy. http://wiadomosci.onet.pl/tagi/kambodza,5363,tag.html. Coś strasznego, jakby Kambodża juz nie miała dosyć.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Jeszcze o Kambodży i Siem Rep


W poprzednich wpisach zupełnie pominęłam sprawę monarchii konstytucyjnej w Kambodży a w szczególności króla, który jest całkiem interesującą postacią. Jego ojciec, czyli poprzedni król, był chyba jedynym władcą sympatyzującym z systemem komunistycznym. W związku z tym wysłał syna w wieku lat 8 do Czechosłowacji, gdzie ukończył choreografię – kierunek studiów zgodny z jego największą miłością i pasją – tańcem. Następnie przebywał w Chinach i innych państwach gdzie panował „jedyny słuszny ustrój”. Przez chwilę był wykładowcą w Paryżu, ale został stamtąd wezwany do swojej ojczyzny, aby zostać królem. Jest królem bardzo wygodnym dla rządzących, ponieważ polityka nie interesuje go zupełnie, jest gejem, w związku z tym nie jest w związku małżeńskim i nie ma dzieci do dziedziczenia. Nie krytykuje w żaden sposób kliki, Polpota, odmówił komentarza nawet po skazaniu Ducha – jednego z najokrutniejszych generałów- prawdopodobnie, dlatego, że rodzina królewska nie doznała żadnych krzywd w czasie reżimu, albo po prostu król naprawdę jest zainteresowany tylko i wyłącznie tańcem a o innych rzeczach nie ma pojęcia.
Tyle o królu, a teraz o Siem Rep – jest to miasto usytuowane obok kompleksu świątyń Angkoru, ( który opiszę szerzej w następnym poście), w związku, z czym stanowi naturalną bazę wypadową. Przyjechaliśmy do Siem Rep wieczorem, więc zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę i zobaczyliśmy od razu nocne życie miasta. Czyli to, co może stać się z piękną Kambodżą a już się stało z Tajlandią, poprzez najazd niemądrych turystów. Całe tzw. Centrum miasteczka wypełnione jest irish pubami, głośnymi dyskotekami, pijanymi i głośnymi amerykanami i brytolami, prostytutkami i żebrakami. Zamknięte samonapędzające się koło. Oni oferują to, czego chce przeciętny turysta, a przeciętny turysta jest napakowanym idiotą bez śladów mózgu, który chce się tanio nawalić i zabawić. Nie wiem jak ci ludzie mogą nie myśleć o konsekwencjach swojego postępowania, ale poza imprezowiczami jest też oczywiście mnóstwo starych oblechów z Kambodżańskimi przyjaciółkami. Powinno się zasunąć kopa w dupe takiemu i tyle.
Chyba zapomniałam w opowieściach z Phnom Penh opisać historię jak nasza czwórka ratowała dziewczynkę z rąk potencjalnego pedofila (mrożąca krew w żyłach opowieść prawie jak z książki naszego wyśmiewanego Michniewicza). Na szczęście nic się nie wydarzyło i nie musieliśmy interweniować, ponieważ facet, którego obserwowaliśmy po prostu sobie poszedł, ale byliśmy zaniepokojeni widząc, że samotny, stary, gruby koleś postawił kolację dziewczynce z ulicy. Jeżeli miał dobre intencje z pewnością nie miał nam za złe, że przez pół godziny bez przerwy gapiliśmy się we czwórkę na niego ze stolika obok, głośno komentując. Wymyśliliśmy też cały plan interwencji, w razie gdyby chciał z nią wyjść. Skończyło się na tym, że dziewczynka została w knajpie, on poszedł, ale wolę nie myśleć ile sytuacji kończy się zupełnie inaczej.
Nie chcę moralizować, ale każdy, kto jedzie na wakacje dobrze się zabawić, powinien chwilę pomyśleć czyim kosztem to będzie robił. Można się świetnie bawić i nie robić nikomu krzywdy. Tak jak powiedział spotkany na wyspie Niko – świetny gej z Ibizy, on jest ignorantem, nie interesuje go sztuka i kultura, nie daje pieniędzy żadnym organizacją charytatywnym, bo woli dać zarobić ludziom wokół, kupując piwo, pamiątki itd. Dzięki turytystyce takie kraje mogą wyjść z biedy, ale trzeba mądrze do tego podejść, nie tylko wykorzystując ich niskie ceny. Tak jak żenujący turyści z Francji, dwie pary po 60ce, które targowały się pół godziny o dużą butelkę piwa, żeby kupić ją za 1$ (wszędzie w knajpie kosztuje 3$) od samotnej matki pięciorga dzieci. Oni może mieli świetną zabawę i satysfakcję, ale wszystko ma swoje granice.
Na razie tyle a za chwilę opiszę świątynie, które zrobiły na nas ogromne wrażenie.

niedziela, 14 listopada 2010


Do historii kambodżańskiej trzeba jeszcze dodać, że pod koniec delty Mekongu poznaliśmy chłopaków z Polski, z którymi przez ostatnie dni wspólnie podróżujemy. Po wspólnej naradzie co dalej z Kambodżą, postanowiliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym i wybrać się na eksplorowanie wybrzeża. Odpuściliśmy sobie główny kierunek turystyczny czyli Sihanoukville, a wybraliśmy Kep. Jest to były francuski kurort z czasów kolonializmu, po którym zostały zarastające dżunglą wille i właściwie… nic więcej. Jest kilka małych hotelików, i ze trzy lokalne knajpy ze świeżymi owocami morza, no i plaża oczywiście. Plaża niezbyt imponująca , ale bez turystów, więc już było wspaniale, ale zawsze może być lepiej, więc wybraliśmy się na Rabbit Island. Jest to wyspa nieopodal, którą można obejść dookoła w 2h. Dopłynęliśmy na miejsce rybacką łupiną, ponieważ jest to jedyny środek komunikacji wodnej wokół, na szczęście to nie Wietnam jeszcze, więc po zatoce nie pływają żadne statki wycieczkowe, ani łodzie motorowe. Na wyspie znajduje się kilkanaście bungalowów położonych przy plaży, bardzo prostych, bez klimatyzacji, Internetu (stąd opóźnienie na blogu), TV, itd., światło jest między 6 a 9 a później zapadają absolutne ciemności. Dzięki temu na wyspie jest garstka turystów, zero głośnej muzyki, właściwie brak jakiekolwiek muzyki, żadnych skuterów i innych nadmorskich atrakcji. Kompletna nuda. Coś wspaniałego dla takich nudziarzy jak my
Na wyspie żyje siedem rodzin, które utrzymują się z rybołówstwa i turystów oczywiście. Żyją bardzo skromnie w małych domach. Cztery z tych rodzin prowadzą właśnie wynajem bungalowów dla turystów i małe knajpki gdzie można zjeść proste potrawy z owoców morza – które są przy nas wyciągane z morza. Na plaży można się napić mleka kokosowego ze ściętego przy nas kokosa, przez pana, który się wspina na palmę z maczetą bez żadnej asekuracji oczywiście. W ramach rozrywki obeszliśmy wyspę dookoła przedzierając się miejscami przez namiastkę puszczy. W każdym razie przy dobrej wyobraźni mogliśmy się poczuć jak na bezludnej wyspie, lub w serialu Lost. Widzieliśmy kolibra i ogromne motyle, oraz mnóstwo innych pięknych rzeczy, nie wszystko niestety udało się uwiecznić na zdjęciach. Żeby nie było zbyt pięknie na koniec dodam, że na wyspie nie ma ani jednego królika, ale jak wynika z nazwy kiedyś było ich mnóstwo, ale za czasów Polpota, głód był tak straszny i dosięgnął nawet małą wyspę. Przynajmniej obecnie nie jest zaminowana.

sobota, 13 listopada 2010

Cambodia - Phon Phen


Po Wietnamie, który nie zostawił w naszych głowach jakiś wielkich wspomnień, Kambodża wydaje się być wielkim oddechem. Niestety lektura większości blogów, książek, tudzież podróżniczych stron internetowych jak np. koniec świata Michniewicza, nastawiła nas wyjątkowo nieufnie w stosunku do Kambodży. Phnom Phen jest przedstawiane w niezwykle niekorzystnym świetle, jako jedno wielkie zasyfione śmietnisko z masą naciągaczy dookoła. Nie wiem skąd te opinie, ja jestem zachwycona, a portal Michniewicza wykasowuję z linków na naszej stronie, bo jego opisy są żenujące i rozmijają się z prawdą (albo po prostu mu zazdroszczę, że on wydał książkę a ja nie). W każdym razie na mnie Phon Phen zrobiło wrażenie bardzo przyjaznego miasta, może nieszczególnie pięknego, ale znacznie ładniejszego i bardziej autentycznego niż cokolwiek w Wietnamie, no i do tego niesamowicie mili ludzie. Jeżeli tu jest syf to nie wiem jak nazwać to, co jest w Chinach. Oczywiście przyjeżdżając do Kambodży trzeba pamiętać o tym, co zrobił z tym krajem zbrodniarz Pol Pot i jego klika. Byliśmy w ichnim „Oświęcimiu”, czyli przerobionej na więzienie szkole. Jest to miejsce tragiczne, co nie przeszkadza umieszczać postów na portalu koniec świata o tym jak beznadziejne jest to muzeum- bo takie biedne, lub robienia sobie głupawych zdjęć jak para Włochów, w pokojach tortur, ale idioci są wszędzie a wśród turystów to szczególnie popularny gatunek.
Zginęło tu ponad 20tysięcy osób, głównie inteligencja z całymi rodzinami. O genezie zła powstało mnóstwo książek i filmów, ale dla mnie nadal nieprawdopodobne jest to, co człowiek może zrobić drugiemu i jak wyrafinowane sposoby okrucieństwa może wymyślić. Szczególnie trafia to do głowy, ze względu na współczesność tej zbrodni, że wydarzyło się to raptem 30 lat temu, a odpowiedzialni są świetnie wykształceni na zagranicznych uczelniach ludzie, sponsorowani przez Amerykanów. Jeszcze gorsze jest to, że Pol Pot zmarł śmiercią naturalną w ’98 roku, a pierwsze procesy w sprawie ludobójstwa tych, co dożyli rozpoczęły się dopiero w 2003 roku i ciągną się do dziś, gdyż oskarżeni mają najlepszych światowych adwokatów ze Stanów i Francji. Wcześniej nikt się tym nie interesował, ponieważ ościenne państwa wolały utrzymywać w Kambodży niestabilną sytuację a wielki sprawiedliwy – Stany Zjednoczone- wolał utrzymywać Kambodżańską armię przeciwko Wietnamowi, generalnie przeróżne interesy krajów na całym świecie były ważniejsze. Jeżeli chodzi o skutki tego ludobójstwa widziane gołym okiem dzisiaj to głównie brak Osów powyżej lat 40, duże ilości kalek – ofiar zaminowanych terenów, których nie brakuje do dzisiaj. Wszędzie jest całe mnóstwo bezdomnych dzieciaków, starszych i młodszych, mieszkających na ulicy, zupełnie bez perspektyw. Od kilku lat organizacje humanitarne pompują ogromne pieniądze w ten kraj, co na pewno pomaga, ale upłynie mnóstwo czasu, zanim cokolwiek się zmieni. Nie ma oczywiście bezpłatnej edukacji, ani służby zdrowia, są ludzie bardzo bogaci i bardzo biedni. To, co chyba ratuje ten kraj przed agresywną reakcją bezdomnych dzieciaków na tą beznadzieję to ich religia i legalna marihuana. W żadnym przewodniku nie można o tym przeczytać, a w Kambodży marihuana jest legalna, tylko nie można jej bezpośrednio sprzedawać w czystej postaci, za to wszędzie można zjeść happy pizze. W Phon Phen jest Magic Village, gdzie podobno jest lepiej niż w Amsterdamie, można kupić najlepszej jakości jointy i konsumować je w spokojnej atmosferze. Niestety nie skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, ponieważ przed nami jest jeszcze kilka granic azjatyckich a wylatujemy z Singapuru (gdzie nawet durian jest zakazany), więc ja nie chcę się nawet zbliżać do żadnych używek. Być może jesteśmy zbyt rozsądni, ale mimo wszystko lepiej nie ryzykować po tym, jakich opowieści po drodze się nasłuchaliśmy o Singapurze. Ale jeśli ktoś by planował tylko Kambodżę ( a naprawdę warto) to może spróbować. W każdym razie większość Kambodżańskich nastolatków w Phon Phen wygląda na zjaranych, dzięki czemu są pogodni, ciągle się śmieją i nie są agresywni. Generalnie ludzie są otwarci, nie naciągają tak jak w Wietnamie i próbują zarobić jak się da, żeby się jakoś dźwignąć po tym, co ich spotkało. Jeśli komuś to przeszkadza, to niech poprzestanie to mega turystycznym Wietnamie, gdzie białych turystów jest więcej niż miejscowych. Fakt, że ci ludzie są biedni i smutno jest na to wszystko patrzeć, ale tym bardziej powinniśmy do Kambodży jeździć i pozwalać im zarabiać dzięki turystyce. Planowaliśmy szybki przejazd przez Kambodżę, ale już wiemy, że zostaniemy tyle ile możemy, czyli do 18go listopada, bo ten kraj jest fascynujący.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Delta Mekongu


Kupiliśmy trzy dniowąwycieczkę po delcie Mekongu w lokalnym biurze turytycznym. Obejmowała ona 3 dni z przewodnikiem po miejscach najbardziej wartych zobaczenia. Sprawdziliśmy oczywiście program i ceny w jakiś dwudziestu miejscach i wszystkie sprzedawały to samo, ten sam program, jedynie ceny się różniły ale też niewiele. Chcieliśmy odbyć podroz Mekongiem do Kambodży, tak jak w "Czasie Apokalipsy". Rozczarowanie wobec tego było dość duże. Zdecydowaliśmy się na zorganizowaną wycieczkę, poniewaz zorganizowanie takiej podrózy samemu wymagałoby znacznie większych nakładów finansowych i czasu. Ale to jest właśnie Wietnam - turystyczny do granic możliwości, z jednej strony fantastycznie zorganizowany, ale dzięki temu pokazujący tylko to co pokazać chce, i gdzie oczywiście białasów naciąga się na wszystkim - większość z resztą na to zasługuje.
Nasza wspaniała wycieczka obejmowała trasę Saigon --> My Tho --> Ben Tre --> Can Tho --> Phon Phen. Naiwnie myśleliśmy, że głównie będziemy spędzać czas w łódce płynąc rzeką, podziwiając naturę i obserwując życie ludzi utrzymujących się z Mekongu. Rzeczywiście 3go dnia tak było, ponieważ wybraliśmy opcję płynięcia wolną łodzią do Kambodży, więc spędziliśmy na wodzie ponad 8h. Natomiast przez 2 dni byliśmy raczeni żenującą cepelią, wizją "prawdziwego" wietnamskiego zycia dla turystów. Między innymi byliśmy w wietnamskiej "wiosce" zyjącej rzekomo z hodowli pszczół, gdzie za dolary mogliśmy zakupić oryginalny wietnamski miód i wysłuchać tradycyjnych wietnamskich pieśni. To nawet nie było przedstawienie, to było robienie sobie z nas jaj. Ale później było jeszcze ciekawiej, ponieważ kolejną atrakcją był "monkey bridge", czyli bambusowy mostek przerzucony nad kałużą w sadzie owocowym na który nas wywieziono. Woohoo!!! Najlepsze jest to, że większość turystów z naszej grupy zdawała się być w pełni usatysfakcjonowana i wierzyła w to "prawdziwe wietnamskie zycie" (a nie wszyscy byli Amerykanami :)) Oprócz tego zwiedzaliśmy jeszcze fabrykę cukierków, makaronu i farmę krokodyli przerabianych na torebki eksportowane do Chin. Świetną atrakcją była też pradawna świątynia, wybudowana oczywiście rok temu z pieniędzy wysyłanych przez Amerykanów na takie piękne przybytki, co przyznał sam przewodnik. Nam najbardziej podobała się inna stara świątania, wybudowana ponad 150 lat temu co wyraźnie podkreślał przewodnik jako coś niesamowitego, gdzie główną atrakcją były ogromne posągi buddy ( te akurat przywiezione dopiero rok temu co przewodnik chciał przemilczeć a Tomek go na złość o to wypytywał- bezczelny) otoczone koszami na śmieci w kształcie delfinków lub pingwinków. Uroczo. Do tego wyczekiwana przez nas kuchnia wietnamska nie była dla nas łaskawa, a co gorsze mieliśmy wykupione posiłki na wycieczce, co oznaczało głodową porcję ryżu z odrobiną cebuli i papryki i czymś w rodzaju mięsa, oczywiście bez śladu przypraw (szerzej o tym na naszym blogu kulinarnym, który ruszy niebawem). Myślę, że i tak mieliśmy szczęście, bo nie spaliśmy w burdelu jak nasi znajomi z równoległej wycieczki i pogoda była piękna, no i mimo wszystko zobaczyliśmy trochę Mekongu, który bywa piękny. Głównie jednak widać dość biedne wioski utrzymujące się z uprawy pól ryżowych i rybołówstwa, ale do takich miejsc przewodnik nas nie zabierał, pozostały mi jedynie zdjęcia robione z łodzi.
Ciekawą informacją, której dowiedzieliśmy się w czasie wycieczki jest powód stawiania grobów na polach ryżowych. Poza oczywistym użyźnieniem, rodzice chcą być chowani na polach, aby uniemozliwić dzieciom wyprzedawanie ziemi. Sprzedaz pola z grobem jest zdecydowanie trudniejsza i oznacza wielką hańbę dla sprzedającego. Jest tez oczywiście powód religijny, wg którego pochówek na polu ryzowym, w miejscu pracy, oznacza powodzenie w kolejnym zyciu. Jest to jednak możliwe jedynie na południu Wietnamu, gdzie pola są własnością prywatną, poniewaz na północy i w części centralnej, pola ryzowe są własnością rządu, który nie pozwala na takie procedury. Tam istnieją podobne do znanych nam cmentarze, gdzie koszt ziemi pod grób jest stosunkowo wysoki, w związku z tym ciała są głównie kremowane.
To tyle o Wietnamie, żegnamy go bez większego smutku i zaczynamy naszą przygodę w Kambodży.

środa, 3 listopada 2010

Sajgonki w Sajgonie

Udało nam się wydostać z deszczowego Nha Trang najprawdopodobniej ostatnim autobusem, ponieważ narazie są wstrzymane ze względu na deszcz. Gdybyśmy zostali mielibyśmy fantastyczne jesienne wakacje:)
Na południu Wietnamu nie przewidują na szczęście żadnych
większych opadów, narazie jest standardowo gorąco i duszno.
Na początku przytoczę jeszcze historyjkę z rejsu po Halong Bay, gdzie jedliśmy lunch przy jednym stoliku z Australijczykami w wieku ok. 60 lat, oraz kobietą pochodzącą z Wietnamu w tym samym wieku podrózującą z synem i jego dziewczyną. Obecnie wszyscy mieszkają w Paryżu, gdzie ta kobieta wyemigrowała w czasie wojny w Wietnamie i właśnie pierwszy raz od tego czasu odwiedzała swoje rodzinne strony. Po 5 min. kurtuazyjnej rozmowy Australijczyk powiedział z radosnym uśmiechem na twarzy, że nie wykluczone, ze się spotkali 40 lat temu bo on wtedy tez był w Ho Chi Minh, gdzie ona mieszkała - on tam był jako zołniez wojsk Australijskich. No cóz ... mile są spotkania po latach.
Po przyjeździe do Ho Chi Minh zostaliśmy jedną noc w tzw. "backpackers district", czyli miejscu do którego nie zaglądają Wietnamczycy. Jest to cała dzielnica barów i restauracji w "amerykańskim" stylu dla głównie amerykańskich turystów, oraz sklepów z pamiątkami i kantorów wymiany walut. Mozna tam spotkać podstarzałych, obrzydliwych facetów " na wakacjach" z bardzo młodymi Wietnamkami, nawet jeśli mają one 18 lat, to nadal jest to obrzydliwe. Miejsce, które spokojnie mozna sobie odpuścić będąc w Sajgonie, a poza które większość turystów się nie rusza. Jedzenie jest tam okropne, nie ma nic wspólnego z wietnamską kuchnią, ale większość turystów nie ma o tym pojęcia.
Nasze pobyt w Sajgonie odmienił się diametralnie, dzięki temu ze nocowaliśmy u Wietnamczyka na couchsurfingu. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się wielu rzeczy o Wietnamie, ponieważ w przeciwieństwie do Chińczyków, Wietnamczycy są znacznie bardziej otwarci, poprostu mniej uciskani przez partię. Z tego co mówił Mark (to jest angielskie imię naszego Wietnamskiego kolegi, bo każdy ma swoje angielskie pseudo dla zagranicznych znajomych) na południu nienawidzą ludzi z północy ( z wzajemnością oczywiście), nienawidzą partii i komunizmu, ale w sumie to poprostu nie chce im się nic z tym zrobić. Partia nie ma zbyt dużej władzy, jeśli ma się pieniądze można wszystko załatwić. Tak jak Mark, który poprostu przekupuje urzędników jeśli ma ważną sprawę. Kiedy Amerykanie się poddali po wojnie, wiele osób z jego rodziny i znajomych, albo na ślepo uciekało z kraju gdzie kolwiek się dało, albo popełniali samobójstwo. Tak bardzo nie chcieli znajdować się pod władzą partii. Co jest oczywiście zrozumiałe. Nadal większość Wietnamczyków z południa żałuje, że Sajgon nie został autonomicznym miastem pod władzą Amerykanów - analogicznie do Hongkongu pod rządami Brytyjczyków. Na pewno lepiej rozwijaliby się gospodarczo bez władzy z Hanoi. Mark uważa, że ludzie z północy są ograniczeni, mało kreatywni i zupełnie inni od ludzi z południa i rzeczywiście te różnice widać.
Ciekawą sprawą jest równiez polityka "prorodzinna" państwa (nie są to informacje potwierdzone, bo są nieoficjalne, ale wysoko prawdopodobne). Ludzie mogą zarejestrować w urzędzie tylko dwójkę dzieci, reszta która się urodzi jest totalnie poza systemem i nie ma zadnych praw. Tak czy inaczej nawet dla legalnych dzieci edukacja od samego początku jest nieobowiązkowa i płatna. Nie wiemy dokładnie ile kosztuje, ale z tego co mówił Mark całkiem sporo. Z tego powodu, jak powiedział Mark, wiele osób z Wietnamu jeździ na bezpłatne studia do Polski. On sam miał zadziwiająco dobre zdanie o Polsce, które wyrobił sobie na podstawie nie tylko informacji od znajomych, ale też artykułów w internecie -więc może jedyna słuszna wietnamska partia nas lubi.
W Chinach można mieć więcej dzieci, ale tylko pierwsze bezpłatnie, a za każde następne trzeba wnieść jednorazową opłatę, żeby było legalnie zarejestrowane. Opłata jest wysoka, więc tych co mają wielodzietne rodziny zazwyczaj na to nie stać i w ten sposób w Chinach rosną miliony ludzi bez tożsamości nie klasyfikowanych w żadnych statystykach, w Wietnamie widać też.
Jeżeli chodzi o przygody w Sajgonie to polecam przejazdzkę autobusem miejskim, to naprwdę dobra zabawa, szczególnie obserwowanie pracy biletera. My nawet mieliśmy raz stłuczkę w autobusie którym jechaliśmy, szcęśliwie niegroźną, groźnie tylko wyglądała kłótnia pomiędzy kierowcą autobusu a taksówkarzem poszkodowanym w stłuczce, więc uciekliśmy do następnego autobusu:) poniżej filmik

sobota, 30 października 2010

Powódź

Dojechaliśmy na szczęście do Sajgonu, ale co to była za podróż! Wzięliśmy nocny autobus, żeby wydostać się z Nha Trang, gdzie nieprzerwana ściana deszczu lała się już prawie dobę i powoli zaczęła zamieniać ulice tego miasteczka w rzeki. Stwierdziliśmy, że trzeba się ewakuować na południe zanim drogi staną się zupełnie nieprzejezdne. Plan był całkiem dobry, bo obecnie w Ho Chi Minh świeci słońce, ale zanim tu dotarliśmy było hardcorowo. Do połowy trasy zanim przestało padać jechaliśmy właściwie cały czas rwącą rzeką, co jakiś czas przejeżdzając przez głębsze jeziora - drogi zniknęły pod wodą. To co widziałam za oknem u nas nazywa się powodzią i ewakuuje się mieszkańców, tam ludzie siedzieli w domach przez które płynęła rzeka i bez oznak paniki próbowali się trochę barykadować i wylewać wodę z domów - w końcu mają to pewnie co rok. Najlepszy był nasz kierowca, który jechał z dwoma pomocnikami przyklejonymi do przedniej szyby, którzy przed kazdym przejazdem przez głębszą wodę zaczynali strasznie chichotać i się cieszyć. W pewnym sensie było to dla mnie uspakajające, kiedy widziałam tak szczęśliwego kierowce zamieniającego autobus w amfibie. Nie zawsze jednak zwalniał, kiedy wjeżdzał z impetem w kolejne jezioro i wtedy chór białasów w autobusie krzyczał: "Stop! Stop! Driver! Stop! The Luggage!" co oznaczało ze luki bagazowe otworzyły się pod naporem wody i pomocnik musi wyskoczyć i brodząc po pas w wodzie zamknąć luki. My mogliśmy śmiać się razem z kierowcą bo nasze plecaki leżały razem z nami w autobusie, w przeciwnym razie, chyba bym się tam poryczała, bo odnalezienie plecaków, w razie gdyby wypadły, w tej powodzi było raczej niemożliwe.Wydawało mi się, ze droga trwa całą wieczność, ale w końcu ulice zaczęły być widoczne, deszcz się uspokoił, przez okno było widać nie zalane, mocno oświetlone plantacje aloesu, zaczynało wschodzić słońce i w końcu mogłam zasnąć.

Nha Trang

Kolejna turystyczna, nadmorska miejscowość, wyglądająca tak jak nadmorskie turystyczne miejscowości na całym świecie. Obecnie po sezonie wszystko świeci pustkami. Zamknięty jest aqua park, nikt nie leży na hotelowych łóżkach na plaży, jest cicho i spokojnie. Cieszę się, że nie jesteśmy tu w sezonie, bo może to być przysłowiowe "Mielno":) Naszą największą atrakcją była przejazdzka skuterami z naganiaczami hotelowymi. Zgodziliśmy się na pokój w hotelu który nam proponowali, a który był oddalony od miejsca w którym się znajdowaliśmy. Wpakowali więc nas i nasze plecaki na skutery i zaczęli rajd pomiędzy milionem innych skuterów. Tez chcemy wypozyczyć skuter! To tyle na temat Nha Trang, ponieważ nadszedł w końcu do brzegu tajfun i od rana leje się z nieba nie przerwana ściana wody. Musimy zrezygnować z nurkowania, siedzimy cały dzień w bazie nurkowej pijąc kawę i czekając na nocny autobus do Ho Chi Minh, który nas stąd zabierze, bo padać ma tak co najmniej przez tydzień. Wczoraj pogoda była zupełnie inna, spacerowaliśmy po plaży, nastrój przypominał trochę atmosferę filmu F. Ozona "Basen" - atmosferę w sensie pogody- późną, bardzo ciepłą jesień, spokój i cisza.
Ale przynajmniej dzisiaj chcąc się trochę pocieszyć zjedliśmy pierwszy dobry obiad w Wietnamie - w restauracji hinduskiej :)))

piątek, 29 października 2010

Hoi An


Hoi An to kolejne turystyczne wietnamskie miasteczko. Kiedyś była to wioska rybacka, teraz głównie sprzedaje się tu buty (chyba używane, ale wyglądające prawie jak nowe) i inne piękne suveniry. Bezzębni sprzedawcy w trójkątnych kapeluszach dość szybko widać przekwalifikowali się zawodowo i sprzedają badziewie z Chin nazywając wszystko happy hour, widocznie ten zwrot działa najlepiej. Wieczorem poszliśmy zobaczyć "starą", część miasteczka składającą się z kilku kamienic nad kanałem i ogromnej ilości "uroczych" kawiarni i restauracji dla białasów. Z rozrzewnieniem przypomnieliśmy sobie Italię w miniaturze pod Rimini. Oczywiście to nie ta skala, ale poziom kiczu podobny. Podświetlane tygrysy wyłaniające się z wody, itd. Jest juz zdecydowanie po sezonie, więc przynajmniej nie było tłoku. Wypożyczyliśmy rowery i pojeździliśmy trochę po okolicy. Morze jest zbyt wzburzone niestety żeby pływać, ale nadal jest ciepło. Przejechaliśmy przez małą wioskę rybacką (zdjęcia na picasie), gdzie z pewnością nie było widać biedy, rybacy wcale nie wyglądali na zmęczonych, domy były zadbane i wyposażone w sprzęty hifi:) Ogólnie tworzył się sielankowy obraz wsi, tak zupełnie inny od polskiego.

Wieczorem wsiadamy w kolejny autobus sypialny i następnego dnia rano powinniśmy być w Nha Trang.

wtorek, 26 października 2010

Wyruszyliśmy z HaNoi wesołym autobusem sypialnym załączonym na filmiku i szczęśliwie udało nam się dojechać do Hue. Jest to kolejne turystyczne miasto na szlaku wyznaczonym przez Lonely Planet, więc nie odkrywamy żadnych dzikich lądów póki co. Tak jak już chyba pisałam Wietnam jest znacznie, znacznie bardziej turytyczny niż Chiny, większość ludzi mówi po angielsku i turystycznie jest świetnie zorganizowane, podróżowanie jest mniej męczące. Naszym zdaniem oczywiście, bo spotykamy takich, którzy wcale tak nie myślą, ale oni powinni zostać na w Mielnie na wakacjach all_In:)))

Hue jest opisywane w przewodniku, jako kulturalna perła Wietnamu, co jest raczej grubą przesadą. Byliśmy w zakazanym mieście, które jest zdecydowanie bardziej imponujące niż to w Peknie, ale nie mam złudzeń że powstało kilka lat temu, może 3o lat temu, w każdym razie to sie nazywa Azjatycka Konserwacja- czyli odbudowanie od nowa starych murów zniszczonych dodatkowo w czasie bombardowania przez Amerykanów, ale cóż turystom się podoba - pradawne plastikowe lampiony i cesarski beton.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że najlepszym miejscem w całym miasteczku jest nasz hostel, który ma cały szereg happy hour i rozrywkowych turystów. Spędziliśmy więc wieczór na kulturalnych dyskusjach z angolami, nowozelandczykami i innymi białasami. Pod koniec wieczoru kiedy siedzieliśmy juz na tarasie przed pokojem tylko z jednym Anglikiem, on stwierdził ze cały wieczór się zastanawiał i już wie, juz odkryl cala prawde, że skoro tak dobrze mówimy po angielsku (nie chwaląc się oczywiście) i tak dużo wiemy o sytuacji ekonomiczno-politycznej róznych krajów to oznacza ze jesteśmy szpiegami KGB:)))))) coz smieszne to i smutne troche jednoczesnie.

Dzisiaj jedziemy do Hoi An, jakiejś nadmorskiej miejscowości, gdzie mam nadzieje znajdziemy plażę i morze, bo pogoda zrobiła się tropikalna, nie da sie oddychać i pada deszcz. Nadszedł monsun więc jest ok. 28 stopni i padać będzie przez następny miesiąć, ale za to na południu powinno być lepiej. Następnie jedziemy do Nha Trang, gdzie będziemy mieszkać u Rosjanina z couchsurfingu, który prowadzi jakąś bazę nurkową, więc może sobie zafundujemy jakieś podwodne eksplorowanie wietnamskiej lini brzegowej.

Chyba dzisiaj zacznę opisywać Chiny, cały czas jestem pod wielkim wrażeniem i ciężko mi coś napisać, ponieważ cokolwiek napiszę i tak nie odda tego co tam zobaczyliśmy.

niedziela, 24 października 2010

HaNoi i HaLong Bay


Do HaNoi dotarlismy w czwartek 21.10 po 12h podróży pociągiem z Nanning w Chinach. Tym razem podróż nie zmęczyła nas w ogóle, ponieważ po raz pierwszy wzięliśmy tzw. hard sleeper, a cale Chiny przejechaliśmy na hard seat'ach (co jest szerzej opisane w postach z Chin). Na granicy chińsko-wietnamskiej musieliśmy wychodzić aby odbyć szopkę pt. kontrola paszportów. Było to o tyle bezcelowe, że kazali nam zabrać nasze plecaki do kontroli, ale mogliśmy zostawić w przedziale cały bałagan rzeczy, które zdażyliśmy wyjąć. Dostaliśmy w końcu pieczątki z jednego przejścia i z drugiego i mogliśmy szczęśliwie jechać dalej. Na dworcu byliśmy ok. 5 rano i po Chinach byliśmy zszokowani ciszą na ulicach i małymi rozmiarami dworca. Po monumentalnych Chinach chyba każde miasto będzie nam się wydawało małe i ciche. HaNoi całkiem nam się podoba. Ludzie są już zupełnie inni niż w Chinach, nie sprawiają wrażenia zastraszonych i wypranych przez komunizm. Skala budynków jest też zupełnie inna, bardziej ludzka. Jest mnóstwo małych uliczek z bardzo wąskimi domami. Wynika to z prawa podadtkowego - płaci się za szerokość elewacji od ulicy, więc domy są rozbudowywane na wysokość i długość. Jest dużo zieleni, a ruch uliczny nie jest aż tak ogromny jak w Chinach. Oczywiście dominują skutery, których kierowcy posiadają niesamowite zdolności w zakresie wymijania przeszkód. Wszystko tworzy obraz spójny z naszymi wyobrażeniami o Azji. Po Chinach, które były wielkim zaskoczeniem, zdecydowanie pozytywny obraz Azji.

Weekend spędziliśmy na zorganizowanej wycieczce po zatoce Halong. Byliśmy trochę zmęczeni po Chinach, a samodzielne zorganizowanie wycieczki na wyspę CatBa, na którą chcieliśmy pojechać, wydaje się droższe i zdecydowanie bardziej skomplikowane. Złamaliśmy nasze backpakerskie zasady i pojechaliśmy na ekskluzywne, zorganiozowane wakacje:) nie mogliśmy uwierzyć jak dużo czasu zostaje, jeśli nie trzeba codziennie organizować noclegów, przejazdów i jedzenia:) ale całkowicie jest to pozbawione dreszczyka emocji. Za to po raz pierwszy od 1,5 mca spotkaliśmy dresiarskie towrzystwo z Polski i innych krajów, ale cóż Wietnam jest już zdecydowanie bardziej popularnym kierunkiem wakacyjnym. W Chinach spotykaliśmy w hostelach świetnych ludzi z całego świata, a że "białasów" było bardzo mało to tym łatwiej było się zintegrować. Wracając do Halong Bay, było super. Pierwszego dnia byliśmy na łodzi, pływając po zatoce oglądaliśmy skały wystające z wody i inne ładne widoczki, zwiedzaliśmy jaskinie, kąpaliśmy się na otwartym morzu skacząc z łodzi i łowiliśmy ryby na bambusowy kijek. Drugiego dnia dopłynęliśmy do wyspy Cat Ba, gdzie mieliśmy nocleg w hotelu. Tam zrobiliśmy trekking po parku narodowym, wspinając się w upale na szczyt góry, co było namiastką przedzierania się przez dziką dżungle. Podobno były tam małpy i inne zwierzaki, ale byliśmy za bardzo skupieni na wspinaniu się żeby cokolwiek zauważyć. Później popłynęliśmy małą łodzią na Monkey Island, gdzie rzeczywiście były małpy, które na szczęście nic nam nie ukradły i znowu pływaliśmy w morzu pełnym ślicznych muszelek i odłamków rafy. Wieczorem zakupiłam naszyjniki z naturalnych pereł z czego jestem szczególnie zadowolona:)))

Dzisiaj jesteśmy ostatni dzień w Hanoi i wieczorem ruszamy w 12h podróż autobusem do Hue. Poniżej zamieszam zdjęcia z wycieczki po Halong Bay, oraz z Hanoi, m.in. ulicznego szewca, który nareperował moje rozwalone sandały za 5zł, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

czwartek, 21 października 2010

Vietnam

Wczoraj przyjechalismy do Hanoi, a dzisiaj wyruszamy w rejs po zatoce Halongbay. Wracamy w niedziele i mysle ze wtedy blog ruszy juz na dobre. Opracowuje wlasnie relacje z Chin a Wietnam zamierzam opisywac na biezaco. Zdjecia tez juz prawie posortowalam, wiec jestesmy na dobrej drodze. Oddychamy wolnoscia po chinskiej cenzurze i duchu Mao. Pozdrawiamy z goracej Hanoi!

środa, 20 października 2010

NASZA TRASA (ponad 7000km, 34 dni):

Pekin (7dni) --->pociąg, hard seat, 12h, 1200km, 70zł/os ---> Xian (2dni) --->pociąg, hard seat, 16h, 842km, 50zł/os --->Chengdu (2dni) --->pociąg, soft seat, 2h, 315km, 50zł/os ---> Chongqing (3 dni) ---> rejs po rzece Yangze- chińska łódź, IIIklasa, 3dni, 170zł/os ---> Yichang (1dzień) --->autobus, 5h, 340km, 50zł/os ---> Wuhan (3dni) --->pociąg, hard seat, 15h, 1127km, 75zł/os---> Szanghaj (4dni) ---> pociąg, hard seat, 24h, 1621km, 100zł/os---> Guilin(1h)--->autobus, 2h---> Yangshou (3dni) ---> autobus sypialny, 16h, 600km, 75zł ---> Hong Kong (2dni) ---> pociąg, soft seat, 2h, 200 km, 70zł ---> Guangzhou (1dzień) ---> pociąg, hard seat, 12h, 809km, 50zł ---> Nanning (3dni) ---> Hanoi (Wietnam)

PRZYGOTOWANIA , WIZY, SZCZEPIONKI

-Wizy załatwialiśmy w ambasadzie Chin w Warszawie http://pl.china-embassy.org/pol/lsyw/ .
Koszt wizy z podwójnym wjazdem to ok. 350zł (podwójny wjazd jest potrzebny jeżeli chce się wjechać do Hongkongu lub Macao i wrócić do Chin, nie da się załatwić w Polsce więcej niż 2 wjazdów, chyba że na zaproszenie rządowe, chcąc uzyskać każdy kolejny trzeba o niego wystąpić w ambasadzie w Hongkongu).
- Szczepionki - myślę że do Chin wystarczy WZW A (i tak każdy powinien ją zrobić), oraz dur brzuszny,żeby nie odmawiać sobie przyjemności jedzenia od ulicznych sprzedawców. Koszt zróżnicowany w zależności od miejsca, najlepiej dowiedzieć się w zaprzyjaźnionej aptece:) w sanepidach zdecydowanie drożej a do tego różne ceny w zależności od lokalizacji, np. różnica pomiędzy cenami w Warszawie a w Częstochowie nawet do 100zł na jednej szczepionce.
- Przewodnik - polecam zaopatrzyć się w dobry i aktualny przewodnik, ponieważ Chiny zmieniają się w tempie oszałamiającym, cięzko porozumieć się po angielsku, a internet poza tym że jest bardzo cenzurowany, to ciężko go spotkać.

CENY

- hostele średnio od 10zł do 50zł za osobę (zależy oczywiście od standardu i miejsca,na najtańszy hostel trafiliśmy w Chongqing a najdroższy w Honkongu i Guangzhou)
- jedzenie można podzielić na 3 kategorie:
- najtańsze, sprzedawane na ulicy, właściwie najlepsze -do 5zł za makaron z
prostym sosem, lub grilowanego bakłażana, naleśnika, itp. proste dania;
- średnia półka restauracji - ok. 10-20zł za duży obiad np. kurczak kungbao
(warzywa i orzeszki), z ryżem i piwem;
- tzw. ekskluzywne restauracje ( gdzie prawdziwi backpackersi nie wchodzą:)) -
ok. 100zł za obiad
- piwo od 1zł do 6zł za butelkę 600ml (słabsze niż nasze)
- wódka - od 3zł do 8zł za 0,5l trunku o mocy ponad 50% !!!!! (chińskiej produkcji oczywiście, zagraniczna kosztuje więcej). W smaku zbliżona do naszej śliwowicy, całkiem niezła.
- chińskie jedwabie i porcelany, w cenach jakie się wynegocjuje.

TRANSPORT:

Pociągi jeżdżą właściwie wszędzie a oprócz tego istnieje alternatywa w postaci autobusów zwykłych i sypialnych.
Link do rozkładu pociągów w Chinach www.travelchinaguide.com/china-trains .
Klasy pociągów dzielą się następująco:
- hard seat - siedzenia nie są takie twrde jak wskazywałaby nazwa, można powiedzieć,
że przejechaliśmy na nich całe Chiny:) komfort jest porównywalny do naszego standardowego pociągu, tyle że jest się otoczonym Chińczykami, którzy nie zachowują właściwie żadnych zasad higieny, głośno i obficie harhają (jakkolwiek się to słowo pisze) plując na przejście między siedzeniami, oraz non stop jedzą przeróżne dziwnie wyglądające przekąski, głównie kacze uda wymlaskiwane do kości, czarne jaja, różne zwierzęce wnętrzności i kurze łapki. Najfajniejszy jest słonecznik w łupinkach, którymi obowiązkowo pluje się przed siebie. Przeciętny chińczyk w 30min wytwarza wokół siebie górę śmieci, którą wywala na przejście między siedzeniami, zdarzyło nam sie widzieć również dziecko wysadzane na to przejście, po pewnym czasie nie robiło to na nas większego wrażenia. Polecam obowiązkowo każdemu, jeśli nie jako stały środek komunkacji to przynajmniej jako wielką przygodę, chociaż jeden raz przejechać się przynajmniej 12h na hard seat. Naprawdę warto. Obserwacje socjologiczne bezcenne. Najłatwiej poczuć klimat Chin.
- soft seat - dwa razy droższa wersja hard seat, występuje głównie w bardziej ekskluzywnych, szybkich pociągach i od hard seat różni się głównie towarzystwem wokół, oraz ustawieniem siedzeń w rzędach jedne za drugimi co zapewnia większą osobistą przestrzeń. Jednym słowem nuda, nikt nie harha i nie zagaduje po Chińsku.
- hard slipper -znacznie drozszy bilet, całkiem wygodne łóżko, 6 piętrowych w przedziale, więc zalezy na jakich współspaczy się trafi, najnizsze łózko jest najdrozsze, ale Chinczycy zawsze biora tansze i siedza na najnizszym, pewnien Franuz opowiadał że całą drogę siedzieli na jego łóżku grając w majonga i paląc papierosy i nie był w stanie ich przegonić, my wzięliśmy raz w drodze do Hanoi, ponieważ nie było innej opcji i jechaliśmy właściwie zupełnie sami, więc było super komfortowo
- soft slipper - najdroższa wersja, nawet nie wiem co to:)

LUDZIE

Temat rzeka, chyba stworzę nowy wątek w tym temacie. W krótkim podsumowaniu: Chińczycy są dziwni:) Generalnie ciężko jest się dogadać po angielsku, najlepszym sposobem na komunikowanie się w waznych sprawach jak kupno biletu na stacji, jest poproszenie osoby mówiącej po angielsku o napisanie na kartce zapytania po chińsku. Trzeba tylko zaufać, że nie napiszą tam niczego głupiego. Jest to mało prawdopodobne ponieważ naród ten jest tak uciemiężony przez komunizm, ludzie wyglądają na zastraszonych i nie mają w ogóle ochoty na żadne głupie pomysły. Nawet nastolatkowie są smętnie poważni. Oczywiście nikt nie narzeka i wszyscy kochają partię. Jest to zdecydowanie dłuższy wątek do opisania.
Chińczycy którzy mówią po angielsku są niesamowicie pomocni, zdarzało nam się, ze przypadkowi ludzie nadkładali drogi żeby nas zaprowadzić do celu i w tym czasie "poćwiczyć angielski" ( to dla nich bardzo ważne). Ale jezeli nie mówią po angielsku wystarczająco dobrze (jak na ich wysokie wymagania) wolą nie odzywać się w ogóle i bywają wręcz niemili, np. preferują stracić klienta niz sprobować się dogadać co do wyboru jedzenia. Czasami chodziliśmy głodni zanim udało nam się znaleźć restauracje z obrazkowym menu.
Mimo wszystko czuliśmy się bardzo bezpiecznie, zarówno na ulicach, jak i w pociągach i hostelach.