China-->Vietnam-->Laos-->Thailand-->Cambodia-->Malaysia-->Indonesia-->Australia-->USA
poniedziałek, 8 listopada 2010
Delta Mekongu
środa, 3 listopada 2010
Sajgonki w Sajgonie
Na południu Wietnamu nie przewidują na szczęście żadnych
większych opadów, narazie jest standardowo gorąco i duszno.
Na początku przytoczę jeszcze historyjkę z rejsu po Halong Bay, gdzie jedliśmy lunch przy jednym stoliku z Australijczykami w wieku ok. 60 lat, oraz kobietą pochodzącą z Wietnamu w tym samym wieku podrózującą z synem i jego dziewczyną. Obecnie wszyscy mieszkają w Paryżu, gdzie ta kobieta wyemigrowała w czasie wojny w Wietnamie i właśnie pierwszy raz od tego czasu odwiedzała swoje rodzinne strony. Po 5 min. kurtuazyjnej rozmowy Australijczyk powiedział z radosnym uśmiechem na twarzy, że nie wykluczone, ze się spotkali 40 lat temu bo on wtedy tez był w Ho Chi Minh, gdzie ona mieszkała - on tam był jako zołniez wojsk Australijskich. No cóz ... mile są spotkania po latach.
Po przyjeździe do Ho Chi Minh zostaliśmy jedną noc w tzw. "backpackers district", czyli miejscu do którego nie zaglądają Wietnamczycy. Jest to cała dzielnica barów i restauracji w "amerykańskim" stylu dla głównie amerykańskich turystów, oraz sklepów z pamiątkami i kantorów wymiany walut. Mozna tam spotkać podstarzałych, obrzydliwych facetów " na wakacjach" z bardzo młodymi Wietnamkami, nawet jeśli mają one 18 lat, to nadal jest to obrzydliwe. Miejsce, które spokojnie mozna sobie odpuścić będąc w Sajgonie, a poza które większość turystów się nie rusza. Jedzenie jest tam okropne, nie ma nic wspólnego z wietnamską kuchnią, ale większość turystów nie ma o tym pojęcia.
Nasze pobyt w Sajgonie odmienił się diametralnie, dzięki temu ze nocowaliśmy u Wietnamczyka na couchsurfingu. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się wielu rzeczy o Wietnamie, ponieważ w przeciwieństwie do Chińczyków, Wietnamczycy są znacznie bardziej otwarci, poprostu mniej uciskani przez partię. Z tego co mówił Mark (to jest angielskie imię naszego Wietnamskiego kolegi, bo każdy ma swoje angielskie pseudo dla zagranicznych znajomych) na południu nienawidzą ludzi z północy ( z wzajemnością oczywiście), nienawidzą partii i komunizmu, ale w sumie to poprostu nie chce im się nic z tym zrobić. Partia nie ma zbyt dużej władzy, jeśli ma się pieniądze można wszystko załatwić. Tak jak Mark, który poprostu przekupuje urzędników jeśli ma ważną sprawę. Kiedy Amerykanie się poddali po wojnie, wiele osób z jego rodziny i znajomych, albo na ślepo uciekało z kraju gdzie kolwiek się dało, albo popełniali samobójstwo. Tak bardzo nie chcieli znajdować się pod władzą partii. Co jest oczywiście zrozumiałe. Nadal większość Wietnamczyków z południa żałuje, że Sajgon nie został autonomicznym miastem pod władzą Amerykanów - analogicznie do Hongkongu pod rządami Brytyjczyków. Na pewno lepiej rozwijaliby się gospodarczo bez władzy z Hanoi. Mark uważa, że ludzie z północy są ograniczeni, mało kreatywni i zupełnie inni od ludzi z południa i rzeczywiście te różnice widać.
Ciekawą sprawą jest równiez polityka "prorodzinna" państwa (nie są to informacje potwierdzone, bo są nieoficjalne, ale wysoko prawdopodobne). Ludzie mogą zarejestrować w urzędzie tylko dwójkę dzieci, reszta która się urodzi jest totalnie poza systemem i nie ma zadnych praw. Tak czy inaczej nawet dla legalnych dzieci edukacja od samego początku jest nieobowiązkowa i płatna. Nie wiemy dokładnie ile kosztuje, ale z tego co mówił Mark całkiem sporo. Z tego powodu, jak powiedział Mark, wiele osób z Wietnamu jeździ na bezpłatne studia do Polski. On sam miał zadziwiająco dobre zdanie o Polsce, które wyrobił sobie na podstawie nie tylko informacji od znajomych, ale też artykułów w internecie -więc może jedyna słuszna wietnamska partia nas lubi.
W Chinach można mieć więcej dzieci, ale tylko pierwsze bezpłatnie, a za każde następne trzeba wnieść jednorazową opłatę, żeby było legalnie zarejestrowane. Opłata jest wysoka, więc tych co mają wielodzietne rodziny zazwyczaj na to nie stać i w ten sposób w Chinach rosną miliony ludzi bez tożsamości nie klasyfikowanych w żadnych statystykach, w Wietnamie widać też.
Jeżeli chodzi o przygody w Sajgonie to polecam przejazdzkę autobusem miejskim, to naprwdę dobra zabawa, szczególnie obserwowanie pracy biletera. My nawet mieliśmy raz stłuczkę w autobusie którym jechaliśmy, szcęśliwie niegroźną, groźnie tylko wyglądała kłótnia pomiędzy kierowcą autobusu a taksówkarzem poszkodowanym w stłuczce, więc uciekliśmy do następnego autobusu:) poniżej filmik
sobota, 30 października 2010
Powódź
Nha Trang
Ale przynajmniej dzisiaj chcąc się trochę pocieszyć zjedliśmy pierwszy dobry obiad w Wietnamie - w restauracji hinduskiej :)))
piątek, 29 października 2010
Hoi An

wtorek, 26 października 2010
Wyruszyliśmy z HaNoi wesołym autobusem sypialnym załączonym na filmiku i szczęśliwie udało nam się dojechać do Hue. Jest to kolejne turystyczne miasto na szlaku wyznaczonym przez Lonely Planet, więc nie odkrywamy żadnych dzikich lądów póki co. Tak jak już chyba pisałam Wietnam jest znacznie, znacznie bardziej turytyczny niż Chiny, większość ludzi mówi po angielsku i turystycznie jest świetnie zorganizowane, podróżowanie jest mniej męczące. Naszym zdaniem oczywiście, bo spotykamy takich, którzy wcale tak nie myślą, ale oni powinni zostać na w Mielnie na wakacjach all_In:)))
Hue jest opisywane w przewodniku, jako kulturalna perła Wietnamu, co jest raczej grubą przesadą. Byliśmy w zakazanym mieście, które jest zdecydowanie bardziej imponujące niż to w Peknie, ale nie mam złudzeń że powstało kilka lat temu, może 3o lat temu, w każdym razie to sie nazywa Azjatycka Konserwacja- czyli odbudowanie od nowa starych murów zniszczonych dodatkowo w czasie bombardowania przez Amerykanów, ale cóż turystom się podoba - pradawne plastikowe lampiony i cesarski beton.
Zaryzykowałabym stwierdzenie, że najlepszym miejscem w całym miasteczku jest nasz hostel, który ma cały szereg happy hour i rozrywkowych turystów. Spędziliśmy więc wieczór na kulturalnych dyskusjach z angolami, nowozelandczykami i innymi białasami. Pod koniec wieczoru kiedy siedzieliśmy juz na tarasie przed pokojem tylko z jednym Anglikiem, on stwierdził ze cały wieczór się zastanawiał i już wie, juz odkryl cala prawde, że skoro tak dobrze mówimy po angielsku (nie chwaląc się oczywiście) i tak dużo wiemy o sytuacji ekonomiczno-politycznej róznych krajów to oznacza ze jesteśmy szpiegami KGB:)))))) coz smieszne to i smutne troche jednoczesnie.
Dzisiaj jedziemy do Hoi An, jakiejś nadmorskiej miejscowości, gdzie mam nadzieje znajdziemy plażę i morze, bo pogoda zrobiła się tropikalna, nie da sie oddychać i pada deszcz. Nadszedł monsun więc jest ok. 28 stopni i padać będzie przez następny miesiąć, ale za to na południu powinno być lepiej. Następnie jedziemy do Nha Trang, gdzie będziemy mieszkać u Rosjanina z couchsurfingu, który prowadzi jakąś bazę nurkową, więc może sobie zafundujemy jakieś podwodne eksplorowanie wietnamskiej lini brzegowej.
Chyba dzisiaj zacznę opisywać Chiny, cały czas jestem pod wielkim wrażeniem i ciężko mi coś napisać, ponieważ cokolwiek napiszę i tak nie odda tego co tam zobaczyliśmy.