Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vietnam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vietnam. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 listopada 2010

Delta Mekongu


Kupiliśmy trzy dniowąwycieczkę po delcie Mekongu w lokalnym biurze turytycznym. Obejmowała ona 3 dni z przewodnikiem po miejscach najbardziej wartych zobaczenia. Sprawdziliśmy oczywiście program i ceny w jakiś dwudziestu miejscach i wszystkie sprzedawały to samo, ten sam program, jedynie ceny się różniły ale też niewiele. Chcieliśmy odbyć podroz Mekongiem do Kambodży, tak jak w "Czasie Apokalipsy". Rozczarowanie wobec tego było dość duże. Zdecydowaliśmy się na zorganizowaną wycieczkę, poniewaz zorganizowanie takiej podrózy samemu wymagałoby znacznie większych nakładów finansowych i czasu. Ale to jest właśnie Wietnam - turystyczny do granic możliwości, z jednej strony fantastycznie zorganizowany, ale dzięki temu pokazujący tylko to co pokazać chce, i gdzie oczywiście białasów naciąga się na wszystkim - większość z resztą na to zasługuje.
Nasza wspaniała wycieczka obejmowała trasę Saigon --> My Tho --> Ben Tre --> Can Tho --> Phon Phen. Naiwnie myśleliśmy, że głównie będziemy spędzać czas w łódce płynąc rzeką, podziwiając naturę i obserwując życie ludzi utrzymujących się z Mekongu. Rzeczywiście 3go dnia tak było, ponieważ wybraliśmy opcję płynięcia wolną łodzią do Kambodży, więc spędziliśmy na wodzie ponad 8h. Natomiast przez 2 dni byliśmy raczeni żenującą cepelią, wizją "prawdziwego" wietnamskiego zycia dla turystów. Między innymi byliśmy w wietnamskiej "wiosce" zyjącej rzekomo z hodowli pszczół, gdzie za dolary mogliśmy zakupić oryginalny wietnamski miód i wysłuchać tradycyjnych wietnamskich pieśni. To nawet nie było przedstawienie, to było robienie sobie z nas jaj. Ale później było jeszcze ciekawiej, ponieważ kolejną atrakcją był "monkey bridge", czyli bambusowy mostek przerzucony nad kałużą w sadzie owocowym na który nas wywieziono. Woohoo!!! Najlepsze jest to, że większość turystów z naszej grupy zdawała się być w pełni usatysfakcjonowana i wierzyła w to "prawdziwe wietnamskie zycie" (a nie wszyscy byli Amerykanami :)) Oprócz tego zwiedzaliśmy jeszcze fabrykę cukierków, makaronu i farmę krokodyli przerabianych na torebki eksportowane do Chin. Świetną atrakcją była też pradawna świątynia, wybudowana oczywiście rok temu z pieniędzy wysyłanych przez Amerykanów na takie piękne przybytki, co przyznał sam przewodnik. Nam najbardziej podobała się inna stara świątania, wybudowana ponad 150 lat temu co wyraźnie podkreślał przewodnik jako coś niesamowitego, gdzie główną atrakcją były ogromne posągi buddy ( te akurat przywiezione dopiero rok temu co przewodnik chciał przemilczeć a Tomek go na złość o to wypytywał- bezczelny) otoczone koszami na śmieci w kształcie delfinków lub pingwinków. Uroczo. Do tego wyczekiwana przez nas kuchnia wietnamska nie była dla nas łaskawa, a co gorsze mieliśmy wykupione posiłki na wycieczce, co oznaczało głodową porcję ryżu z odrobiną cebuli i papryki i czymś w rodzaju mięsa, oczywiście bez śladu przypraw (szerzej o tym na naszym blogu kulinarnym, który ruszy niebawem). Myślę, że i tak mieliśmy szczęście, bo nie spaliśmy w burdelu jak nasi znajomi z równoległej wycieczki i pogoda była piękna, no i mimo wszystko zobaczyliśmy trochę Mekongu, który bywa piękny. Głównie jednak widać dość biedne wioski utrzymujące się z uprawy pól ryżowych i rybołówstwa, ale do takich miejsc przewodnik nas nie zabierał, pozostały mi jedynie zdjęcia robione z łodzi.
Ciekawą informacją, której dowiedzieliśmy się w czasie wycieczki jest powód stawiania grobów na polach ryżowych. Poza oczywistym użyźnieniem, rodzice chcą być chowani na polach, aby uniemozliwić dzieciom wyprzedawanie ziemi. Sprzedaz pola z grobem jest zdecydowanie trudniejsza i oznacza wielką hańbę dla sprzedającego. Jest tez oczywiście powód religijny, wg którego pochówek na polu ryzowym, w miejscu pracy, oznacza powodzenie w kolejnym zyciu. Jest to jednak możliwe jedynie na południu Wietnamu, gdzie pola są własnością prywatną, poniewaz na północy i w części centralnej, pola ryzowe są własnością rządu, który nie pozwala na takie procedury. Tam istnieją podobne do znanych nam cmentarze, gdzie koszt ziemi pod grób jest stosunkowo wysoki, w związku z tym ciała są głównie kremowane.
To tyle o Wietnamie, żegnamy go bez większego smutku i zaczynamy naszą przygodę w Kambodży.

środa, 3 listopada 2010

Sajgonki w Sajgonie

Udało nam się wydostać z deszczowego Nha Trang najprawdopodobniej ostatnim autobusem, ponieważ narazie są wstrzymane ze względu na deszcz. Gdybyśmy zostali mielibyśmy fantastyczne jesienne wakacje:)
Na południu Wietnamu nie przewidują na szczęście żadnych
większych opadów, narazie jest standardowo gorąco i duszno.
Na początku przytoczę jeszcze historyjkę z rejsu po Halong Bay, gdzie jedliśmy lunch przy jednym stoliku z Australijczykami w wieku ok. 60 lat, oraz kobietą pochodzącą z Wietnamu w tym samym wieku podrózującą z synem i jego dziewczyną. Obecnie wszyscy mieszkają w Paryżu, gdzie ta kobieta wyemigrowała w czasie wojny w Wietnamie i właśnie pierwszy raz od tego czasu odwiedzała swoje rodzinne strony. Po 5 min. kurtuazyjnej rozmowy Australijczyk powiedział z radosnym uśmiechem na twarzy, że nie wykluczone, ze się spotkali 40 lat temu bo on wtedy tez był w Ho Chi Minh, gdzie ona mieszkała - on tam był jako zołniez wojsk Australijskich. No cóz ... mile są spotkania po latach.
Po przyjeździe do Ho Chi Minh zostaliśmy jedną noc w tzw. "backpackers district", czyli miejscu do którego nie zaglądają Wietnamczycy. Jest to cała dzielnica barów i restauracji w "amerykańskim" stylu dla głównie amerykańskich turystów, oraz sklepów z pamiątkami i kantorów wymiany walut. Mozna tam spotkać podstarzałych, obrzydliwych facetów " na wakacjach" z bardzo młodymi Wietnamkami, nawet jeśli mają one 18 lat, to nadal jest to obrzydliwe. Miejsce, które spokojnie mozna sobie odpuścić będąc w Sajgonie, a poza które większość turystów się nie rusza. Jedzenie jest tam okropne, nie ma nic wspólnego z wietnamską kuchnią, ale większość turystów nie ma o tym pojęcia.
Nasze pobyt w Sajgonie odmienił się diametralnie, dzięki temu ze nocowaliśmy u Wietnamczyka na couchsurfingu. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się wielu rzeczy o Wietnamie, ponieważ w przeciwieństwie do Chińczyków, Wietnamczycy są znacznie bardziej otwarci, poprostu mniej uciskani przez partię. Z tego co mówił Mark (to jest angielskie imię naszego Wietnamskiego kolegi, bo każdy ma swoje angielskie pseudo dla zagranicznych znajomych) na południu nienawidzą ludzi z północy ( z wzajemnością oczywiście), nienawidzą partii i komunizmu, ale w sumie to poprostu nie chce im się nic z tym zrobić. Partia nie ma zbyt dużej władzy, jeśli ma się pieniądze można wszystko załatwić. Tak jak Mark, który poprostu przekupuje urzędników jeśli ma ważną sprawę. Kiedy Amerykanie się poddali po wojnie, wiele osób z jego rodziny i znajomych, albo na ślepo uciekało z kraju gdzie kolwiek się dało, albo popełniali samobójstwo. Tak bardzo nie chcieli znajdować się pod władzą partii. Co jest oczywiście zrozumiałe. Nadal większość Wietnamczyków z południa żałuje, że Sajgon nie został autonomicznym miastem pod władzą Amerykanów - analogicznie do Hongkongu pod rządami Brytyjczyków. Na pewno lepiej rozwijaliby się gospodarczo bez władzy z Hanoi. Mark uważa, że ludzie z północy są ograniczeni, mało kreatywni i zupełnie inni od ludzi z południa i rzeczywiście te różnice widać.
Ciekawą sprawą jest równiez polityka "prorodzinna" państwa (nie są to informacje potwierdzone, bo są nieoficjalne, ale wysoko prawdopodobne). Ludzie mogą zarejestrować w urzędzie tylko dwójkę dzieci, reszta która się urodzi jest totalnie poza systemem i nie ma zadnych praw. Tak czy inaczej nawet dla legalnych dzieci edukacja od samego początku jest nieobowiązkowa i płatna. Nie wiemy dokładnie ile kosztuje, ale z tego co mówił Mark całkiem sporo. Z tego powodu, jak powiedział Mark, wiele osób z Wietnamu jeździ na bezpłatne studia do Polski. On sam miał zadziwiająco dobre zdanie o Polsce, które wyrobił sobie na podstawie nie tylko informacji od znajomych, ale też artykułów w internecie -więc może jedyna słuszna wietnamska partia nas lubi.
W Chinach można mieć więcej dzieci, ale tylko pierwsze bezpłatnie, a za każde następne trzeba wnieść jednorazową opłatę, żeby było legalnie zarejestrowane. Opłata jest wysoka, więc tych co mają wielodzietne rodziny zazwyczaj na to nie stać i w ten sposób w Chinach rosną miliony ludzi bez tożsamości nie klasyfikowanych w żadnych statystykach, w Wietnamie widać też.
Jeżeli chodzi o przygody w Sajgonie to polecam przejazdzkę autobusem miejskim, to naprwdę dobra zabawa, szczególnie obserwowanie pracy biletera. My nawet mieliśmy raz stłuczkę w autobusie którym jechaliśmy, szcęśliwie niegroźną, groźnie tylko wyglądała kłótnia pomiędzy kierowcą autobusu a taksówkarzem poszkodowanym w stłuczce, więc uciekliśmy do następnego autobusu:) poniżej filmik

sobota, 30 października 2010

Powódź

Dojechaliśmy na szczęście do Sajgonu, ale co to była za podróż! Wzięliśmy nocny autobus, żeby wydostać się z Nha Trang, gdzie nieprzerwana ściana deszczu lała się już prawie dobę i powoli zaczęła zamieniać ulice tego miasteczka w rzeki. Stwierdziliśmy, że trzeba się ewakuować na południe zanim drogi staną się zupełnie nieprzejezdne. Plan był całkiem dobry, bo obecnie w Ho Chi Minh świeci słońce, ale zanim tu dotarliśmy było hardcorowo. Do połowy trasy zanim przestało padać jechaliśmy właściwie cały czas rwącą rzeką, co jakiś czas przejeżdzając przez głębsze jeziora - drogi zniknęły pod wodą. To co widziałam za oknem u nas nazywa się powodzią i ewakuuje się mieszkańców, tam ludzie siedzieli w domach przez które płynęła rzeka i bez oznak paniki próbowali się trochę barykadować i wylewać wodę z domów - w końcu mają to pewnie co rok. Najlepszy był nasz kierowca, który jechał z dwoma pomocnikami przyklejonymi do przedniej szyby, którzy przed kazdym przejazdem przez głębszą wodę zaczynali strasznie chichotać i się cieszyć. W pewnym sensie było to dla mnie uspakajające, kiedy widziałam tak szczęśliwego kierowce zamieniającego autobus w amfibie. Nie zawsze jednak zwalniał, kiedy wjeżdzał z impetem w kolejne jezioro i wtedy chór białasów w autobusie krzyczał: "Stop! Stop! Driver! Stop! The Luggage!" co oznaczało ze luki bagazowe otworzyły się pod naporem wody i pomocnik musi wyskoczyć i brodząc po pas w wodzie zamknąć luki. My mogliśmy śmiać się razem z kierowcą bo nasze plecaki leżały razem z nami w autobusie, w przeciwnym razie, chyba bym się tam poryczała, bo odnalezienie plecaków, w razie gdyby wypadły, w tej powodzi było raczej niemożliwe.Wydawało mi się, ze droga trwa całą wieczność, ale w końcu ulice zaczęły być widoczne, deszcz się uspokoił, przez okno było widać nie zalane, mocno oświetlone plantacje aloesu, zaczynało wschodzić słońce i w końcu mogłam zasnąć.

Nha Trang

Kolejna turystyczna, nadmorska miejscowość, wyglądająca tak jak nadmorskie turystyczne miejscowości na całym świecie. Obecnie po sezonie wszystko świeci pustkami. Zamknięty jest aqua park, nikt nie leży na hotelowych łóżkach na plaży, jest cicho i spokojnie. Cieszę się, że nie jesteśmy tu w sezonie, bo może to być przysłowiowe "Mielno":) Naszą największą atrakcją była przejazdzka skuterami z naganiaczami hotelowymi. Zgodziliśmy się na pokój w hotelu który nam proponowali, a który był oddalony od miejsca w którym się znajdowaliśmy. Wpakowali więc nas i nasze plecaki na skutery i zaczęli rajd pomiędzy milionem innych skuterów. Tez chcemy wypozyczyć skuter! To tyle na temat Nha Trang, ponieważ nadszedł w końcu do brzegu tajfun i od rana leje się z nieba nie przerwana ściana wody. Musimy zrezygnować z nurkowania, siedzimy cały dzień w bazie nurkowej pijąc kawę i czekając na nocny autobus do Ho Chi Minh, który nas stąd zabierze, bo padać ma tak co najmniej przez tydzień. Wczoraj pogoda była zupełnie inna, spacerowaliśmy po plaży, nastrój przypominał trochę atmosferę filmu F. Ozona "Basen" - atmosferę w sensie pogody- późną, bardzo ciepłą jesień, spokój i cisza.
Ale przynajmniej dzisiaj chcąc się trochę pocieszyć zjedliśmy pierwszy dobry obiad w Wietnamie - w restauracji hinduskiej :)))

piątek, 29 października 2010

Hoi An


Hoi An to kolejne turystyczne wietnamskie miasteczko. Kiedyś była to wioska rybacka, teraz głównie sprzedaje się tu buty (chyba używane, ale wyglądające prawie jak nowe) i inne piękne suveniry. Bezzębni sprzedawcy w trójkątnych kapeluszach dość szybko widać przekwalifikowali się zawodowo i sprzedają badziewie z Chin nazywając wszystko happy hour, widocznie ten zwrot działa najlepiej. Wieczorem poszliśmy zobaczyć "starą", część miasteczka składającą się z kilku kamienic nad kanałem i ogromnej ilości "uroczych" kawiarni i restauracji dla białasów. Z rozrzewnieniem przypomnieliśmy sobie Italię w miniaturze pod Rimini. Oczywiście to nie ta skala, ale poziom kiczu podobny. Podświetlane tygrysy wyłaniające się z wody, itd. Jest juz zdecydowanie po sezonie, więc przynajmniej nie było tłoku. Wypożyczyliśmy rowery i pojeździliśmy trochę po okolicy. Morze jest zbyt wzburzone niestety żeby pływać, ale nadal jest ciepło. Przejechaliśmy przez małą wioskę rybacką (zdjęcia na picasie), gdzie z pewnością nie było widać biedy, rybacy wcale nie wyglądali na zmęczonych, domy były zadbane i wyposażone w sprzęty hifi:) Ogólnie tworzył się sielankowy obraz wsi, tak zupełnie inny od polskiego.

Wieczorem wsiadamy w kolejny autobus sypialny i następnego dnia rano powinniśmy być w Nha Trang.

wtorek, 26 października 2010

Wyruszyliśmy z HaNoi wesołym autobusem sypialnym załączonym na filmiku i szczęśliwie udało nam się dojechać do Hue. Jest to kolejne turystyczne miasto na szlaku wyznaczonym przez Lonely Planet, więc nie odkrywamy żadnych dzikich lądów póki co. Tak jak już chyba pisałam Wietnam jest znacznie, znacznie bardziej turytyczny niż Chiny, większość ludzi mówi po angielsku i turystycznie jest świetnie zorganizowane, podróżowanie jest mniej męczące. Naszym zdaniem oczywiście, bo spotykamy takich, którzy wcale tak nie myślą, ale oni powinni zostać na w Mielnie na wakacjach all_In:)))

Hue jest opisywane w przewodniku, jako kulturalna perła Wietnamu, co jest raczej grubą przesadą. Byliśmy w zakazanym mieście, które jest zdecydowanie bardziej imponujące niż to w Peknie, ale nie mam złudzeń że powstało kilka lat temu, może 3o lat temu, w każdym razie to sie nazywa Azjatycka Konserwacja- czyli odbudowanie od nowa starych murów zniszczonych dodatkowo w czasie bombardowania przez Amerykanów, ale cóż turystom się podoba - pradawne plastikowe lampiony i cesarski beton.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że najlepszym miejscem w całym miasteczku jest nasz hostel, który ma cały szereg happy hour i rozrywkowych turystów. Spędziliśmy więc wieczór na kulturalnych dyskusjach z angolami, nowozelandczykami i innymi białasami. Pod koniec wieczoru kiedy siedzieliśmy juz na tarasie przed pokojem tylko z jednym Anglikiem, on stwierdził ze cały wieczór się zastanawiał i już wie, juz odkryl cala prawde, że skoro tak dobrze mówimy po angielsku (nie chwaląc się oczywiście) i tak dużo wiemy o sytuacji ekonomiczno-politycznej róznych krajów to oznacza ze jesteśmy szpiegami KGB:)))))) coz smieszne to i smutne troche jednoczesnie.

Dzisiaj jedziemy do Hoi An, jakiejś nadmorskiej miejscowości, gdzie mam nadzieje znajdziemy plażę i morze, bo pogoda zrobiła się tropikalna, nie da sie oddychać i pada deszcz. Nadszedł monsun więc jest ok. 28 stopni i padać będzie przez następny miesiąć, ale za to na południu powinno być lepiej. Następnie jedziemy do Nha Trang, gdzie będziemy mieszkać u Rosjanina z couchsurfingu, który prowadzi jakąś bazę nurkową, więc może sobie zafundujemy jakieś podwodne eksplorowanie wietnamskiej lini brzegowej.

Chyba dzisiaj zacznę opisywać Chiny, cały czas jestem pod wielkim wrażeniem i ciężko mi coś napisać, ponieważ cokolwiek napiszę i tak nie odda tego co tam zobaczyliśmy.

niedziela, 24 października 2010

HaNoi i HaLong Bay


Do HaNoi dotarlismy w czwartek 21.10 po 12h podróży pociągiem z Nanning w Chinach. Tym razem podróż nie zmęczyła nas w ogóle, ponieważ po raz pierwszy wzięliśmy tzw. hard sleeper, a cale Chiny przejechaliśmy na hard seat'ach (co jest szerzej opisane w postach z Chin). Na granicy chińsko-wietnamskiej musieliśmy wychodzić aby odbyć szopkę pt. kontrola paszportów. Było to o tyle bezcelowe, że kazali nam zabrać nasze plecaki do kontroli, ale mogliśmy zostawić w przedziale cały bałagan rzeczy, które zdażyliśmy wyjąć. Dostaliśmy w końcu pieczątki z jednego przejścia i z drugiego i mogliśmy szczęśliwie jechać dalej. Na dworcu byliśmy ok. 5 rano i po Chinach byliśmy zszokowani ciszą na ulicach i małymi rozmiarami dworca. Po monumentalnych Chinach chyba każde miasto będzie nam się wydawało małe i ciche. HaNoi całkiem nam się podoba. Ludzie są już zupełnie inni niż w Chinach, nie sprawiają wrażenia zastraszonych i wypranych przez komunizm. Skala budynków jest też zupełnie inna, bardziej ludzka. Jest mnóstwo małych uliczek z bardzo wąskimi domami. Wynika to z prawa podadtkowego - płaci się za szerokość elewacji od ulicy, więc domy są rozbudowywane na wysokość i długość. Jest dużo zieleni, a ruch uliczny nie jest aż tak ogromny jak w Chinach. Oczywiście dominują skutery, których kierowcy posiadają niesamowite zdolności w zakresie wymijania przeszkód. Wszystko tworzy obraz spójny z naszymi wyobrażeniami o Azji. Po Chinach, które były wielkim zaskoczeniem, zdecydowanie pozytywny obraz Azji.

Weekend spędziliśmy na zorganizowanej wycieczce po zatoce Halong. Byliśmy trochę zmęczeni po Chinach, a samodzielne zorganizowanie wycieczki na wyspę CatBa, na którą chcieliśmy pojechać, wydaje się droższe i zdecydowanie bardziej skomplikowane. Złamaliśmy nasze backpakerskie zasady i pojechaliśmy na ekskluzywne, zorganiozowane wakacje:) nie mogliśmy uwierzyć jak dużo czasu zostaje, jeśli nie trzeba codziennie organizować noclegów, przejazdów i jedzenia:) ale całkowicie jest to pozbawione dreszczyka emocji. Za to po raz pierwszy od 1,5 mca spotkaliśmy dresiarskie towrzystwo z Polski i innych krajów, ale cóż Wietnam jest już zdecydowanie bardziej popularnym kierunkiem wakacyjnym. W Chinach spotykaliśmy w hostelach świetnych ludzi z całego świata, a że "białasów" było bardzo mało to tym łatwiej było się zintegrować. Wracając do Halong Bay, było super. Pierwszego dnia byliśmy na łodzi, pływając po zatoce oglądaliśmy skały wystające z wody i inne ładne widoczki, zwiedzaliśmy jaskinie, kąpaliśmy się na otwartym morzu skacząc z łodzi i łowiliśmy ryby na bambusowy kijek. Drugiego dnia dopłynęliśmy do wyspy Cat Ba, gdzie mieliśmy nocleg w hotelu. Tam zrobiliśmy trekking po parku narodowym, wspinając się w upale na szczyt góry, co było namiastką przedzierania się przez dziką dżungle. Podobno były tam małpy i inne zwierzaki, ale byliśmy za bardzo skupieni na wspinaniu się żeby cokolwiek zauważyć. Później popłynęliśmy małą łodzią na Monkey Island, gdzie rzeczywiście były małpy, które na szczęście nic nam nie ukradły i znowu pływaliśmy w morzu pełnym ślicznych muszelek i odłamków rafy. Wieczorem zakupiłam naszyjniki z naturalnych pereł z czego jestem szczególnie zadowolona:)))

Dzisiaj jesteśmy ostatni dzień w Hanoi i wieczorem ruszamy w 12h podróż autobusem do Hue. Poniżej zamieszam zdjęcia z wycieczki po Halong Bay, oraz z Hanoi, m.in. ulicznego szewca, który nareperował moje rozwalone sandały za 5zł, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

czwartek, 21 października 2010

Vietnam

Wczoraj przyjechalismy do Hanoi, a dzisiaj wyruszamy w rejs po zatoce Halongbay. Wracamy w niedziele i mysle ze wtedy blog ruszy juz na dobre. Opracowuje wlasnie relacje z Chin a Wietnam zamierzam opisywac na biezaco. Zdjecia tez juz prawie posortowalam, wiec jestesmy na dobrej drodze. Oddychamy wolnoscia po chinskiej cenzurze i duchu Mao. Pozdrawiamy z goracej Hanoi!