Wyruszyliśmy z Kho Phangan o 7 rano, więc płynąc promem załapaliśmy się jeszcze na wschód słońca, a później autobusem do Krabi i promem na Phi Phi. Po zejściu z promu uiściliśmy dodatkową, obowiązkową opłatę za sprzątanie wyspy, co po wizycie na Ko Phangan zrobiłam bez zbędnego marudzenia, wierząc, że być może te pieniądze są naprawdę przeznaczane na rozprawienie się z tonami śmieci produkowanych przez turystów. Następnie zostaliśmy przytłoczeni ilością ludzi przetaczających się przez wąskie uliczki zapchane kramami z badziewiem i zaczęliśmy poszukiwania noclegu. Nie było łatwo, ale jakoś się udało, więc jak najszybciej pobiegliśmy na plażę. Najbliższą, czyli po drugiej stronie portu. No cóż, nie wiedzieliśmy, że tam jest zadeptana rafa i że jest płytko a dodatkowo jest odpływ i podreptaliśmy daleko, daleko w morze, żeby chociaż się na chwilę zanurzyć. Wyszliśmy bardzo szybko, po tym jak Tomek odkrył w swojej stopie igły jeżowca. Przez chwilę wyglądało to groźnie, miejscowi Beach boys’i powiedzieli, że trzeba nasikać i posmarować limonką i przejdzie. Odnośnie tej metody upewniliśmy się jeszcze w aptece i centrum nurkowym, gdzie dopakowany instruktor wyglądał tak, że nawet gdyby tomek przyszedł z odgryzionym przez rekina tułowiem, też odpowiedziałby ,że nie ma czym się przejmować. Rzeczywiście jakoś się wchłonęło, Tomek uzupełnił niedobory wapnia i więcej na tą plażę nie poszliśmy. Ok. poszliśmy. Ale wieczorem, ponieważ tam były usytuowane bary i się działo.
Przyjęliśmy buckety i ruszyliśmy na poszukiwanie wrażeń. Odnaleźliśmy jednego z naszych angoli poznanych w Chinach, z którymi spotykamy się co jakiś czas bez umawiania się. Ogólnie impreza plażowa wiadomo – dresiarze, dicho, syf, można podbudować swoje ego i przepraszam, ale pośmiać się z ludzi biorących to wszystko zbyt serio. Zrobiliśmy całkiem udany performance, Tomek został królem parkietu i eksperyment został zakończony. Więcej już się naprawdę na tę plażę nie wybraliśmy.
Chodziliśmy za to na inną, nazywaną Long Beach, która trzeba przyznać była przepiękna, a ponieważ z centrum trzeba było tam iść ponad pół godziny, ludzi nie było aż tak dużo. Przez trzy dni cieszyło nas nurkowanie z maską i oglądanie rybek. Woda była ciepła, więc mogliśmy cały dzień spędzać w wodzie, bez siedzenia na plaży, czego nienawidzimy, ale poza plażą, niestety codziennie trzeba było powtarzać tą samą rutynę związaną z przepychaniem się przez miasteczko, szukaniem miejsca na kolacje i obcowaniem z dresiarzami. Coś w tym musi być, że wyspy przyciągają dresiarstwo. W Pai, które może być górskim odpowiednikiem wysp pod względem popularności, klimat jest totalnie inny. Ludzie są inni, bary są inne, muzyka jest kompletnie inna. Uwielbiam wodę, morze i pływanie, ale atmosfera wszelkich kurortów nadmorskich jest nie do zniesienia. Podjęliśmy więc decyzję, że chyba już mamy dosyć wysp. Z pewnością są inne mniej turystyczne ( co oznacza słowo mniej?), ale jak nie ma ludzi, to plaże też z nie są takie piękne. Na dwa tygodnie wakacji tego miejsca z pewnością nie polecam. W każdym razie, żeby już mieć wszystkie atrakcje za sobą, kupiliśmy wycieczkę na Phi Phi Leh i okolice, czyli mniejszą Phi Phi, gdzie nie ma hoteli, a był kręcony film z boskim Leo – The Beach. 
Wszystko piękne i trochę smutne zarazem, tzn. widoki wspaniałe, woda o kolorze nienaturalnie niebieskim a wokół klify i egzotyczna roślinność. To wszystko skonfrontowane z masą śmieci pływającą w wodzie, pokrywającą małe plaże, obumierająca w zawrotnym tempie rafa koralowa i setki łódek z turystami. Ruch jest tak ogromny, że aby wpłynąć do kolejnej „uroczej” zatoczki, trzeba niemalże czekać w kolejce. Atrakcją jest np. Monkey Beach, czyli skrawek piasku szerokości 5m, gdzie jednorazowo próbuje dobić 20 łodzi – szaleństwo graniczące z obłędem. Na plaży są dwie małpki czekające na banany, za które cierpliwie pozują do zdjęć masą idiotów. Takie łał.
Sławna plaża Leonarda, czyli Maya Beach również jest oczywiście bardzo piękna i również cała przesłonięta łódkami i pokryta śmieciami. Byliśmy, widzieliśmy, raczej wracać nie będziemy. Tajlandię już kończymy i jedziemy do Malezji.

Noc postanowiliśmy spędzić na południowym cyplu nazywającym się Haad Rin. Oh yeah!!! Tak tak, to jest właśnie ta ekscytująca część gdzie narodziły się Full Moon Party na najpiękniejszych plażach wyspy. Geneza tych imprez jest jak najbardziej pozytywna – pierwsza z nich odbyła się w 1985 roku jako podziękowanie dla trzydziestu turystów znajdujących się na wyspie. Musiało być naprawdę fajnie, biorąc pod uwagę te zamierzchłe czasy (mimo wszystko byłam już wtedy na świecie), kiedy nie istniał Internet, telefony komórkowe i tanie loty. Jestem w stanie sobie wyobrazić hipisowski klimat, bez dresiarstwa i tandety. No cóż, co było to było, obecnie z tamtych imprez przetrwały jedynie buckety, czyli drinki serwowane w plastikowych wiaderkach służących do zabawy w piasku, a na sławnych Full Moon Party zjawia się ok. 30 000 ludzi. My wybraliśmy czas pomiędzy Full a Half i zaraz po Black Moon Party. Kiedy zjawiliśmy się na plaży w dzień, byliśmy przekonani, że przegapiliśmy coś w wiadomościach i dotarliśmy zaraz po jakiejś wojnie domowej, która wygnała wszystkich z miasteczka zostawiając ruiny. Plaża sama w sobie przepiękna, ale ciężko to dostrzec pod kilogramami śmieci, koszmarnymi budami i całą masą koszmaru ogólnego. Zdjęcie poniżej jako namiastka i dokumentacja. 


Na przejściu granicznym, gdzie w jedną i drugą stronę przechodziły tłumy ludzi, celnicy birmańscy bez zbędnych pytań sfotografowali nas i wystawili coś w rodzaju karty tymczasowej. Dzięki niej mogliśmy przejść do miasteczka na zakupy, paszport zostawiając na przejściu granicznym, bo wizę do Birmy dostaliśmy na jeden dzień. Niestety mieliśmy bardzo mało czasu, ponieważ wystawianie naszej wizy tajskiej „on arrival” trochę zajmuje, a musieliśmy jeszcze tego samego dnia wrócić do Chiang Mai. Zainteresowanym zakupami polecam wycieczkę na trochę dłużej, bo ceny są znacznie niższe niż w Tajlandii, a sądząc po wielkich siatach różnego rodzaju ubrań i souvenirów niesionych przez białasów, jest co kupować. Wieczorem wróciliśmy do Chiang Mai i od razu wzięliśmy nocny autobus do Bangkoku, żeby się zaopatrzyć w książki przed wyjazdem na wyspy.

Tam wszyscy bez problemów przechodzili odprawę, my również dostaliśmy od Taja pieczątkę wjazdową, ale pojawił się problem. Mieliśmy wizy załatwione w Polsce na dwa miesiące pobytu i cztery wjazdy w międzyczasie. Celnik na granicy z Kambodżą, jak pierwszy raz wjeżdżaliśmy do Tajlandii, był bardzo miły i zinterpretował przepisy tak, że od momentu wjazdu mamy czas do 15go stycznia, żeby wjeżdżać i wyjeżdzać. Tak też sobie zaplanowaliśmy pobyt. Jednak celnik na granicy z Laosem wbił mi pieczątkę pozwalającą zostać w Tajlandii jedynie do 3 stycznia, co było dla nas niewystarczające. Głupia ja postanowiłam zapytać się uprzejmie celnika dlaczego skrócił nasz czas pobytu. Zostaliśmy skierowani do jaśniepana nadzorcy przejścia, którego Tomek określił jako skrajnego szowinistę nienawidzącego kobiet, bo nie było innego wytłumaczenia jego gniewu. Koleś był największym bucem jakiego spotkałam i wpadł w furię, cały się trząsł ze złości jak z nami rozmawiał, wziął nasze paszporty i wydarł karty wjazdowe oraz wbił piękną pieczątkę “ anulowano” i kazał szukać szczęścia na innym przejściu. Wtedy ja wpadłam w furię, na szczęście Tomek mnie uspokoił, bo na jego biurku leżały kajdanki, więc mogło się skończyć gorzej, a on tylko czekał żeby nas wyprowadzić z równowagi. Pod eskortą celników poszliśmy po nasze rzeczy do autobusu, który już czekał po stronie tajskiej i wróciliśmy na przejście laotańskie. Tam na szczęście celnicy tylko się śmiali i zgodzili się na wstawienie nam ich pieczątek “anulowano” na pieczątkach wyjazdowych z Laosu. Gdyby się na to nie zgodzili musielibyśmy płacić kolejne 60 dolarów za wizy wjazdowe do Laosu. Zapadał już wieczór a my byliśmy w przysłowiowej dupie. Na szczęście jakoś znaleźliśmy autobus, który nas zabrał za darmo do Pakse na pocieszenie, a stamtąd od razu trafił nam się ostatni nocny do Vientiane. Postanowiliśmy przekraczać granicę niedaleko stolicy, żeby w razie kolejnych problemów mieć bliżej do ambasady. Rano z Vientiane pojechaliśmy od razu do Nong Khai gdzie jest przejście i tam pieczątki “cancelled” zrobiły chyba swoje, bo trzymano nas trzy godziny. Żeby zademonstrować władzę nie pozwolono nam usiąść na krzesłach w poczekalni, tylko czekać na chodniku z niewiadomych przyczyn. Zadawano nam bezsensowne pytania, które oczywiście celnicy mają prawo zadawać, ale zazwyczaj nie zadają i cała procedura ubiegania się o wizę “on arrival” nie trwa dłużej niż 15min. My byliśmy już 24h w podróży i czekało nas kolejne 24h bez odpoczynku, więc byliśmy mało aktywni i w końcu znudziła im się ta zabawa i nas puścili. Stamtąd jeszcze z kilkoma przesiadkami pojechaliśmy najgorszym autobusem, jaki nam się zdarzyło mieć, prosto do Chiang Mai a stamtąd do Pai na święta. Po tym wpisie chronologicznie rzecz ujmując nastąpiły święta, a kolejne wpisy będą już dotyczyły przygód na tajlandzkich wyspach po Nowym Roku.

Im bardziej na południe tym jeszcze większe spowolnienie i coraz więcej pól marichuany całkiem na widoku (albo patrzyliśmy tam gdzie nie trzeba). Wyskoczyliśmy z ciężarówki przy słupku pokazującym 128my kilometr i poszliśmy w stronę rzeki. Tam spotkaliśmy zjaranych chłopców przy pomoście, którzy oczywiście leżeli w cieniu, w miejscu gdzie można było się przeprawić na drugi brzeg i udało nam się ich namówić (co nie było łatwe), żeby w końcu za całkiem sporą kasę przewieźli nas ich łupinką na wyspę oddaloną minutę drogi od lądu. Zaczęliśmy od Dot Khong, czyli większej wyspy, mniej młodzieżowej, słynącej z ciszy i spokoju i lepszych warunków. To co zabaczyliśmy było bardzo średnie, czyli właściwie nic, pasące się samopas kozy zjadające plastikowe reklamówki i pokolonialne francuskie wille w opłakanym stanie. W tych które jeszcze się nie rozwaliły były hotele, znaleźliśmy jeden z nich, przynajmniej zadbany w środku. O wyspie nie ma co pisać, bo nie ma na niej nic wartego uwagi, wodospady i zieleń można zobaczyć sto razy ładniejsze wszędzie na pólnocy Tajlandii, lub Laosu. Wieczór spędziliśmy całkiem miło z Niemcem – przesiedleńcem z Polski, który Niemców nie lubił. Wypiliśmy trochę Lao Lao whisky, czyli jedynej rzeczy, która mi w Laosie smakowała a jest to taki ich dość mocny bimber o kolorze przezroczystym, zbliżony w smaku do naszej śliwowicy. Drugiego dnia chcieliśmy się przedostać na najbardziej wysunietą wyspę na południe, czyli Don Khon lub Don Det, ale okazało się to niemożliwe, ze względu na jak zwykle niewyobrażalne lenistwo Laotańczyków. Przy brzegu stało ok 10 łodzi słuzących do wożenia ludzi na sąsiednie wyspy i tyle samo ich właścicieli siedzących cały dzień pod drzewem i patrzących w dal (oni nawet nie grają w karty, tylko poprostu patrzą). Próbowaliśmy więc w jakiś sposób wynegocjować przewiezienie nas, ale odpowiedź była jedna, że łodzie odchodzą raz dziennie o 8:30 rano. Łodzie to małe drewniane łupinki z silnikiem, a droga trwa ok. godziny, co kosztuje od osoby jakieś 20zł, co jest sporą kwotą na azjatyckie warunki (bo zgodnie z informacją w przewodniku przewoźników opanowała hiperinflacja i zamiast pływać wolą przepłynać raz ale skasować jak za cały dzień). Nie udało nam się żadnego z nich przekonać do opcji dodatkowego zarobku, ceny które nam podawali za to ewentualne poświęcenie, wystarczyłyby na wypożyczenie niezłego jachtu na mazurach ze sternikiem. Przeczekaliśmy więc karnie jeszcze jeden dzień i stawiliśmy się razem z innymi turystami już o 8 rano na brzegu. Właściciele łódek czekali razem z nami patrząc w ciszy w dal pod swoim drzewem do 8:30, kiedy to wybiła godzina odpłynięcia i wtedy powstało wielkie zamieszanie, wybieranie wody z łódek, która znowu nieoczekiwanie się wkradła przez noc, montowanie silników i inne bardzo wesołe zajęcia. Łódki są w stanie opłakanym, bo oczywiście nikomu z siedzących pod drzewem nie przychodzi do głowy pomysł zadbania o nie chociaż raz w tygodniu przez dwie godziny. No ale cóż jak relaks to relaks.
Dotarliśmy w końcu na Don Khon, znanej z hamaków nad rzeką i zachwalanej atmosfery lenistwa. Lenistwo i relaks wynikają poprostu z kilkogramów marichuany na wyspie, którą palą wszyscy, szczególnie miejscowi, więc ciężko jest ze skomplikowanymi sprawami jak wynajęcie pokoju i zamówienie jedzenia. My w końcu znaleźliśmy hotel z kultowymi hamakami wysuniętymi nad rzeką, gdzie w jednym z sześciu dostępnych pokoi mieszkał już od dłuższego czasu francuz, który na małej wyspie obok miał swoją hodowlę, z którą się nie próbował kryć i zaopatrywał właściciela. Dzięki temu zamówienie jedzenia z karty trzeba było zapisywać w notesie samemu i nosić jego żonie do kuchni, bo właściciel wszystko zapominał, gubił talerze, ale się uroczo śmiał. A to wszystko w kraju w którym za sprzedaż lub przemyt narkotyków jest kara śmierci. Na wyspie pracowały jedynie kobiety, głównie w polu przy uprawie ryżu, a faceci leżeli i jarali. Ale byli też spryciarze, jak kumple od kafejki internetowej, którzy pewnie dostali komputery z internetem z jakiejś fantastycznej europejskiej fundacji, która zapobiega wykluczeniu cyfrowemu. Oni oczywiście nie byli zainteresowani internetem, ale ponieważ było to jedyne miejsce z internetem na wyspie to kasowali turystów na 40gr za minutę i dzięki temu mogli leżeć i jarać przed kafejką cały dzień i nikt im nie mógł zarzucić, że nie pracują. Jednak moimi faworytami są kolesie z budki przy moście łączącym dwie wyspy. Zbili budkę z desek, powiesili flagę z sierpem i młotem i napisali ticket. Przechodziliśmy tamtędy z Tomkiem i nagle zaczęli krzyczeć do nas, że musimy zapłacić, próbowaliśmy się dowiedzieć za co, ale jedynie krzyczeli że to jest bilet na wyspę i trzeba płacić – znowu całkiem spore pieniądze od osoby. Gdybyśmy przyszli mostem łączącym dwie wyspy byłabym w stanie uwierzyć w kolejną głupią opłatę, ale my już na tej wyspie byliśmy od jakiegoś czasu i budka stała tylko przy jednej ze ścieżek, a wystarczyło skręcić w inną i opłaty już nie było, no ale cóż trzech kolegów żyło sobie z tego całkiem nieźle. Generalnie zachwytów nad Si Phan Don nie rozumiem, 4000 tysiące wysp to porostu kilka wysepek oraz wystające z wody kępy trawy, rzeka jak rzeka. Jeśli ktoś nie pali marichuany to w ogóle nie powinien tam jechać, bo się nie dogada, a jeśli ktoś lubi palić jointy w hamaku to po cholere jechać tak daleko? Lepiej pojechać na Mazury, bo zdecydowanie piękniej, albo zostać w domu , bo bezpieczniej. Na tym chyba skończymy poszukiwanie pięknego Laosu.
Następnego dnia wyruszyliśmy do nad Tad Lo, czyli wodospad położony obok miejscowości Ban Khoua Set, mało znanej i nie turytycznej ( jeżeli ktoś jest zainteresowany jak tam dotrzeć, to odsyłam do mojego działu informacji praktycznych). Zanim jednak tam dotarliśmy spędziliśmy dość dużo czasu na dworcu autobusowym, który był atrakcją samą w sobie. Zaczynając od autobusów, które są bardziej ciężarówkami i ciężarówek, które są bardziej autobusami. My jechaliśmy akurat autobusem, który był w środku wyładowany workami z ryżem do wysokości siedzeń. Oprócz tego przewoziliśmy też skuter, jaja, rury i inne trudne do zidentyfikowania rzeczy. Mimo wszystko nie był to najbardziej załadowany autobus, bo obok stał z załadunkiem mebli na dachu. Dworzec jest też świetnym miejscem, żeby zrobić sobie manicure, pedicure, zjeść, zakupić wszystko co potrzebne od mango po lodówkę I ruszyć w drogę.

Obok małej wioski płynie rzeka, na której w bardzo bliskiej odległości od siebie są położone trzy wodospady. Nie jest to szczególnie populatne miejsce, dzięki czemu turystów jest niewielu, tylko spokój, cisza i lenistwo. Laos generalnie jest poetycko nazywany krajem, w którym czas nie istnieje, a jego m
Na szczęście w dzień zarówno pierwszego jak i drugiego dnia było na tyle ciepło że mogliśmy się kąpać pod wodospadem, zaraz obok ścieżki, którą przechodziły słonie. Oprócz tego drugiego dnia kąpaliśmy się w miejscu, gdzie miejscowe dzieciaki zarzucały sieci – ale nie wiadomo na co bo nic nie wyławiały, bardziej były zainteresowane gazetami, które mieliśmy ze sobą i próbą komunikacji. 
Największym wyzwaniem było oczywiście jedzenie, które generalnie w Laosie jest obrzydliwe i oczywiście nie wynika to z braku składników, tylko z tego sławnego lenistwa i przeświadczenia, że turyści nie lubią przypraw i ostrego a za to lubią rozgotowane paćki. Faktem jest, że najprawdopodobniej większość turystów nie ma zbyt wyrafinowanych potrzeb kulinarnych, ale my cierpimy. W wiosce Ban Khoua Set znaleźliśmy całkiem nienajgorsze jedzenie u jednej pani, która jednak sprawiała wrażenie strasznie nieszczęśliwej, kiedy musiała nam gotować zamiast leżeć. W tej malutkiej wiosce (która liczyła dwie ulice), wzdłuż jednej ulicy było kilka tzw. rodzinnych knajpek, gdzie białasy mogły coś zjeść, ale nikt z właścicieli nie wyglądał na bardzo chętnych do przyjmowania klientów.

Stolica Laosu, jak też cały Laos w naszym bardzo subiektywnym i mało popularnym odczuciu, jest dosyć nijaka. Huh! Kontrowersyjnie! Najbardziej interesująca była droga z Luang Prabang autobusem, w którym byliśmy jedynymi białasami, a pomocnik kierowcy był wyposażony w kałasza. Nie mam pojęcia do czego był mu potrzebny i nie specjalnie chcę to wiedzieć, żałuję jedynie że nie miałam wystarczająco dużo odwagi żeby zrobić mu zdjęcie. Ogólnie kilka razy zdarzyło nam się widzieć takie wyposażenie w autobusach lokalnych. Co dziwniejsze, nie widziałam broni w autobusach tzw. VIP dla białasów, może dlatego, że nikt z Laotańczyków, nie narażał by się do obrony białasów. Tak w każdym razie się pocieszałam jak jechaliśmy przez te nieprzyjazne, zamglone góry I miałam świadomość, że za nami jedzie autobus VIP, pełny bogatych turystów, więc jeśli już komuś zachciałoby się napadać, to przecież nie na lokalsów? To tyle na temat drogi. 



Drugą atrakcją w Luang Prabang jest tzw. nocny targ, który tak naptrawdę trwa tylko do 22giej, bo później wszystko musi się pozamykać. Jest tam dużo badziewia z Chin i trochę fajnych rzeczy laotańskich, ale w większości drożej niż w innych miejscach w Laosie. My upolowaliśmy piękny, porcelanowy dzbanuszek do herbaty, który jednak jak się okazało w Tajlandii, nie służy do parzenia herbaty a do palenia opium. No cóż, cały Laos. 
